Zdobywamy wulkany. Bromo, wschodnia Jawa.

Żeby wejść na wulkan Bromo, pojechaliśmy do maleńkiej miejscowośći Cemoro Lawang położonej na skraju krateru. Najpierw dziesięć godzin autobusem z Yogyakarty do Probolingo (można też pojechać pociągiem i gdybym miała jechać jeszcze raz, wybrałam raczej tę opcję), potem przesiadka do minivana do Cemoro Lawang. Wszyscy na pokładzie (oprócz nas i jeszcze trójki niemców) mieli wykupiony transport i nocleg. Hotel, w którym nocowali, był jakieś 5 km od Cemoro Lawang. Nas też próbowano tam zakwaterowac, ale się nie daliśmy. Powioedzieliśmy, że jedziemy dalej. Trochę było strachu, bo wokół ciemno, żadnych świateł, tu i ówdzie jakis dom , ale żadnych hoteli… Kierowca nie mówił po angielsku ani słowa. Martwiliśmy się, czy znajdziemy nocleg, ale pomimo późnej pory w maleńkim Cemoro Lawang nadal było kilka otwartych warungów, restauracja, i nie było żanego problemu ze znalezieniem noclegu. Ceny oczywiście są różne – generalnie, ze względu na póżną porę większość hotelarzy i właścicieli tańszych kwater prywatnych (trzeba pytać o homestay) chciała nas oskubać, trzeba sie więc było ostro targować. Nasza tania miejscówa miała, jak się rano okazało, piękny widok na góry, nie miała za to przysznica, ani ciepłej wody. Trzeba się było myć w lodowatej wodzie z wiaderka. Właściciel miał też jakiś problem z wydaniem trzech kocy do jednego z pokoi (nam wystarczył jeden, ale nasi znajomi z Niemiec chcieli po kocu na osobę) , ale kiedy powiedzieliśmy, że idziemy szukać dalej, jego twarda zasada ‚jeden koc na pookój’ powędrowała do kosza. No i zostaliśmy.

Zostawiamy rzeczy w pokoju i idziemy w górę wioski coś zjeść. Jest kika otwartych warungów (pierwszy bardzo, bardzo przypomina mi jadłodajnie z Indii) i nawet znajdujemy wypasioną restaurację przy początku drogi na punkt widokowy. Na ulicach jest też trochę lokalnych i turystów. Prawie wyłącznie mężczyźni. Jedyny wyjątek to pracownice warungów. Wszyscy w grubych bluzach, czapkach, większośc ma też szaliki i rękawice. Niektórzy z nich mają wielkie, tkane chusty chusty (troche podobne do meksykańskoch poncho, tylko nie tak kolorowe), lub po prostu koce, którymi się szczelnie owijają. W wielu miejscach, nawet wewnątrze warungów palą się małe ogniska. Wydaje mi się że to olej, albo coś nasączone olejem, spalane w metalowych pojemnikach, bo ma bardzo intensywny zapach. Po kolacji wracamy do naszego pokoju i przygotowujemy się do jutrzejszego wyjścia na wulkan. Pakujemy plecaki, przygotowujemy ubrania. Nie chcemy rano tracić czasu. Żeby zobaczyć wschód słońca, trzeba wyruszyc o trzeciej rano. Mamy tylko cztery godziny snu.

Wstajemy o 2.50, szybko się ubieramy, myjemy zęby, wyciągamy z oczu śpiochy i ruszamy w drogę. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Dokładnie tak jak kilka godzin temu, kiedy dotarliśmy do Cemoro Lawang. Na ulicy jest o wiele spokojniej, prawie żywego ducha. Tylko blado jarzące się latarnie i blade światło z kilku domów. Idziemy w górę wioski na rozdrożu skręcamy w drogę w prawo. Tutaj zaczyna się kompletna ciemność. Przez jakiś czas jeszcze widać światła wioski, ale już po 20 minutach widać juz tylko czarno granatową przestrzeń wkoło i gwiazdy. Całe mnóstwo gwiazd. Mamy latarki, ale idzie się ciężko. Droga jest nierówna, kamienista i się co chwilę potykam. (Raz prawie powybijałam sobie zęby! Jakis pies wyskoczył z pola, zaczął szczekać a ja się przestraszyłam, i w popłochu chciałam uciec, ale zapomniałam jak się chodzi w związku z czym wylądowałam na ziemi). Droga cały czas pnie się łagodnie pod górę. Co chwilę oglądamy się za siebie i sprawdzamy, czy widać jeszcze wioskę. Wokół zupełna ciemność i cisza. Spodziewałam się tłumów turystów ciągnacych na punkt widokowy zobaczć wschód słońca nad wulkanem Bromo, a tu tylko my? Zaczynam się trochę niepokoić, że może jednak pomyliliśmy drogę (choc naprawdę nie by ło jak), wtedy jednak słyszymy jekieś dziiwne dźwięki. Nie jesteśmy już sami.. Z ciemności wyłania się jeździec na koniu.. Wygląda to dosyć surrealistycznie. Z atramentowej czerni wokół wynurza się poowijana kocami i jakimiś szmatami postać na białym koniu i mówi do nas coś w niezrozumiałym języku. Stoję zapatrzona w tę dziwną postać bez twarzy. Chyba oferuje nam podwiezienie na górę? Nie korzystamy i idziemy dalej piechotą. Po jakiejś godzinie zaczyna się robić bardziej stromo, a pod stopami czuć dziwną miękkość, Trochę tak, jakby się szło po plaży, tyle że substancja po której idziemy jest o wiele drobniejsza. To pył wulkaniczny. Po bokach drogi są usypane wielkie góry tego pyłu. Trochę mi to przypomina zimowy krajobrz z europy – usypane na poboczach zwały śniego po odśnieżaniu drogi. Pewnie muszą tu robić to samo z pyłem wulkanicznym? Nagle droga się kończy i zaczynają kręte, strome schody. Po godzinie i dwudziestu minutach marszu docieramy na pierwszy punkt widokowy. Jest jeszcze zupełnie ciemno, i jesteśmy jedynymi turystami. Po jakimś czasie zaczynają nadciągać kolejni. Para holendrów, niemcy od nas z kwatery, dwie niemki, w sumie było nas tam około 10 osób. Bardzo kameralnie w porównaniu z drugim punktem, o godzinę drogi wyżej (po dojściu na pierwszy punkt widokowy można iśc nadal w górę, wąską ścieżką ukryta z tyłu. Patrząca na bromo, trzeba się zawrócić i przy zejściu na dół (w prawo) odzukać ścieżkę na górę (w lewo) ). Na samej górze są zwykle wszyscy, którzy przyjeżdzają ze zorganizowanymi grupami, czyli tłumy. Z tego pierwszego punktu widokowego widok jest na prawdę piękny i ogląda się w kameralnym gronie. Tuż przed świtem pojawiła się kobieta sprzedająca kawę, herbatę, czekoladę i słodycze. Bardzo się na jej widok ucieszyłam, bo kiedy przestaliśmy iść zrobiło się dosyć chłodno i gorąca kawa przegoniła zimne dreszcze.

Wschodu słońca nie będę opisywać. Sami spójrzcie na zdjęcia. Jedyne co powiem, to to, że pomimo tego, że uwielbiam spać i to długo, ani przez chwilę nie żałowałam tej ‚zarwanej’ nocy. Około godziny siódmej słońce zaczyna przyjemnie ogrzewać i postanawiamy zejśc na dół. Idziemy ta samą droga, którą wcześniej pokonaliśmy w zupełnej ciemności.. Teraz widać okoliczne wzgórza i pola obsadzine kapustą i cebulą. Wszystkie rośliny posadzone są w równe jak od linijki rządki. Mijamy ludzi idących do pracy z wielkimi koszami na plecach. Cżęsto ludzie ci (zwykle starsi) zaczepiaja nas sami prosząc o zdjęcie, a zaraz potem prosząc o pieniądze za nie. To jak do tej pory pierwsze miejsce w Indonezji, gdzie zauważyliśmy coś takiego.

Po krótkim odpoczynku w pokoju i szybkiej zupce chińskiej idziemy na krater Bromo. Z kwatery w górę wioski i na lewo. Wydaje się że jest tu jakaś kasa, ale nikt nas nie zatrzymuje, więc idziemy na przód. Początkowo asfaltową droga w dół, a potem przez morze piasku, a właściwie popiołu w stronę krateru. W tym czasie większość oglądajacych wraca z krateru – mijało nas mnóstwo jeepów, jeźdźcy na koniach proponujący podwózkę i kilkoro pieszych. Chyba niewielu jest takich szaleńców, którzy decyduja się przemierzyć dno krateru na piechotę. Do podnóża krateru idziemy około godziny. Pod nogami szary pył, w powietrzu szary pył, na twarzach, w zębach, uszach i oczach szary pył. Momentami wiatr się uspokaja, widoczność poprawia i wtedy możemy zobaczyć gdzie jesteśmy. Wtedy widok zapiera dech w piersiach ( A może to pył wulkaniczny nie pozwala oddychać? ) Czyste błękitne niebo, brązowo, szare zbocza otaczających nas kraterów, srebrny pył pod naszymi nogami. Nagle znowu zrywa się wiatr i widać jak w dali unosi maleńkie ziarenka popiołu, tworząc biało sterbrne wylkaniczne chmury. Daleko na horyzoncie pojawiają się budynki.. czy to możliwe? Zabudowania? Tutaj? Na dnie kateru? Kiedy jesteśmy bliżej, okasuję się że jest to buddyjska świątynia. W jej okolicach kręca się też jeźdźcy na koniach. Widok ten bardzo przzypomina mi sceny z chińskić filmów o potyczkach starożytnych władców i wojowników kung-fu albo innych jeszcze sztuk walki. Zupełnie odrealnione.

U stóp wulkanu jest bardzo ciekawa formacja, wygląda trochę jakby krater otaczały wąwozy. Tutaj zaczynamy się trochę wspinać pod góre, aż dochodzimy do schodów na szczyt kreteru. U podnóża schodów siedzi staruszek sprzedający bukieciki kwiatów. Ciekawi mnie co potencjalny nabywca mógłby tu zrobic z takim bukietem? Wrzucić do wulkanu? Ofiara jakaś? Nie mam jednak kogo zapytać, więc idziemy dalej. Schody są zupełnue zasypane czarnym popiołem i wspinaczka jest bardzo trudna. Nie wiem dokładnie ile jest stopni, bo zasypane są popiołem, ale trwa to jakieś 20 minut, zanim dostajemy się na szczyt. Tutaj miła niespodzianka – jesteśmy jedynymi osobami na górze! Cały wulkan dla nas! Wiatr cichnie na chwilę i możemy podziwiać panoramę. W dole, ogromny krater i kotłująca sie na samym dnie miesznina gazów. W kilku miejscach widać białe gazy wydobywające się z boków krateru. W tle czyste błękitnie niebo Pięknie. Po prostu pięknie.

Obserwuj i dziel się!
0

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *