Bo fajnie jest, kiedy nic nie idzie zgodnie z planem

Dzisiejszy dzień na pewno zaliczę do bardzo udanych. Pomimo tego, że nic nie poszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy.
Mieliśmy podróżować autobusem, a wylądowaliśmy ze skuterem. Mieliśmy jechać na północ, a pojechaliśmy na zachód. Mieliśmy nocować w Mae Salong a jesteśmy znowu w Chiang Rai. Cóż to jednak był za dzień!

Tomek Na Słoniu
Tomek Na Słoniu w Baan Ruamit niedaleko Chiang Rai

Jeździliśmy na Słoniach, znaleźliśmy małą skalną świątynię buddy, pokonalismy długą trasę wzdłuż rzeki Mae Nom Kok, drogą, której na wielu mapach nie ma, a na naszej była, mogliśmy podziwiać nieziemskie widoki i spotkać na swojej drodze mieszkańców lokalnych wiosek..

Ale od początku..  Postanowiliśmy wypożyczony dzień wcześniej skuter zatrzymać i wybrać się nim w kilkudniową  podróż po Górach – z Chiang Rai, Przez Mae Salong, Mae Sai i  Chiang Saen Spowrotem do Chiang Rai. Zostawiliśmy nasze wielkie plecaki w hotelu, obiecując, że wrócimy po nie za kilka dni, kupiliśmy dokładną mapę połnocnej Tajlandi i ruszyliśmy w drogę.  Nie chcieliśmy jednak jechać tak, jak wszystkie GPSy i przewodniki podpowiadały najpierw prosto na północ głowną drogą nr 1 do Mae Chang a dopiero stamtąd do Mae Salong. My znaleźliśmy inną, alternatywną i bardziej dziką trasę wzdłuż rzeki Mae Nom Kok. Była na mapie, którą kupiliśmy. Biegła na zachód do granicy z Birmą. My planowaliśmy dojechać do Pha Khwang  i za wioską skręcić na północ w stronę Kiu Satai i drogi nr 1089. Stąd już jest bardzo blisko do Mae Salong.

wypożyczony skuter w Chiang Rai
Nasz wypożyczony w Chiang Rai skuter i zainteresowany nim kogut

Niestety w  rzeczywistości w pewnym momencie droga, która była na naszej mapie, się skończyła, a dokładniej, okazała się nieprzejezdna. Może crosem lub jakimś innym większym motorem z dobrymi oponami by się udało,  ale napewno nie naszym wypożyczonym skuterkiem w czarno białe pandy i Hello Kity.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu, że wybraliśmy tę a nie inną trasę, mogliśmy podziwiać nieziemskie widoki!

Na początek, znaleźliśmy jaskinię z wizerunkaami buddy. Niedaleko za Chiang Rai, jakieś 4 km za mostem.  Bardzo spokojne, ciche miejsce. Nie było tam nikogo, oprócz kilkunastu wylegających się w cieniu  kotów.

Słoń w Baan Ruamit Elephant Village
Słoń w Baan Ruamit Elephant Village

Potem kierujemy sie dalej na zachód, wzdłuż rwącej miedziano żółtego koloru rzeki. Wokół soczyście zielone leśne wzgórza, pola ryżowe i oczywiście pracujący na nich wieśniacy. Od czasu do czasu widać było wioski – tuż przy drodze lub na drugim brzegu rzeki, gdzieś daleko wśród lasów. Mijamy jakby opustoszałe, senne wioski. W końcu  na drodze zaczynją się pojawiać słonie ( Minęliśmy ich kilka) oraz przydrożne kramiki. To Baan Ruamit. Wioska Słoni.  Jest tu kilka słoni – możliwe że reszta jest gdzieś w trasie. Można się wybrać na przejażdżkę na 1/2, 1, 2 i 4 godziny.  Cztero godzinna brzmi najlepiej, bo przejeżdża się po drodze przez kilka wiosek plemion górskich, dla nas jednak to trochę za długo. Musimy pokonać jeszcze wiele kilometrów, decydujemy się więc tylko  na godzinę. Naprawdę w zupełności to wystarcza. Trzęsie niesamowicie więc po 30 minutach już miałam ochotę zejść na ziemię.   Na początku nasz przewodnik siedział z nami  na słoniu, potem oddał swoje miejsce Tomkowi, a sam szedł z tyłu i palił jakieś świństwo. Nie czułam się wtedy najbezpieczniej.  Olbrzym jednak był bardzo posłuszny i reagował na wszystkie komendy maleńkiego człowieczka za nami.

Sama przejażdżka to faktycznie wielka frajda. Słoń w kółko się zatrzymuje i podżera co tylko się da –  łamie gałęzie na przydrożnych drzewach i krzakach, a potem niesie to w trąbie i pożera.

Tomek Pyta o drogę
Tomek Pyta o drogę

Po tym ‚rajdzie’ ruszyamy w dalszą trasę. Asfalt wkrótce się kończy. Tylko rdzawa nitka drogi przed nami, usiana mnostwem kamieni i odbijających błękitne niebo kałuż. Wszystko to skąpane w zachodzącym słońcu wygląda magicznie. I jedziemy tak przez następnych 20 a może 30 km.  Droga robi się coraz gorsza, błotnista i śliska.  Nie ma żadnych znaków. Nie wiemy dokładnei gdzie jesteśmy bo mapa na naszym telefonie przestaje wskazywać położenie.  Nie mijamy nawet żadnych wiosek, więc nie ma się kogo spytać czy dobrze jedziemy. W końcu widzimy jakiś dom przy drodze i idziemy pytać o droge. Okazuje się, że jedziemy w dobrym kierunku.   Dziewczyna z dzieckiem patrzy na nasz skuter i się śmieje gestykulując, że ‚TO’ się nie dadaje! Nasz pojazd raczej nie sprosta warunkom na drodze? Chwilę zastanawiamy się co robić i  trochę z żalem zawracamy.

Pola ryżowe w okolicach Chiang Rai
Pola ryżowe w okolicach Chiang Rai

Przez cały czas świeci słońce, ale zza gór wyglądają chmury.  Mamy ogromne szczęście, że deszcz (bo jak to w porze deszczowej – deszcz pada codziennie) łapie nas  dopiero, kiedy już jesteśmy w nieco gęściej zamieszkałym terenie. Na utwardzonej drodze nie jest tak niebezpiecznie a i łatwiej jest  znaleźć schronienie i coś do zjedzenia niż w czystym polu. A gdyby ten deszcz nas złapał to nie było by ciekawie.. . Bo jak już  zacznie padać, to porządnie i leje przez przynajmniej dwie godziny, potem na chwilę przestaje, a potem znowu bardzo pada jeszcze przez jakiś czas.

Mężczyzna z plemienia Akha w Tajlandi
Ten, który próbował nas nauczyć Tajskiego

Znajdujemy schronienie w przydroznym sklepie – knajpce – jadłodajni.  Siadamy przy jedynym wolnym stoliku z dwóch znajdujących się w tym ‚lokalu’,  zamawiamy piwko i czekamy aż przestanie padać. Obok nas siedzi grupa długowłosych mężczyzn popijających biały napój. Mężczyźni okazują się być członkami etnicznej grupy Akha – jednego z wielu plemion zamieszkujących góry północnej Tajlandii. Ich stół jest zastawiony mnostwem pustych już małych szklaneczek, i co chwilę tych szklaneczek przybywa, bo każda nowa kolejka pita jest z nowej. Trunek chyba nie tylko rozgrzewa, ale ewidentnie poprawia im humory, bo dyskusja jest zażarta. Nie wiem jak długo tam siedzieli i ile tych szklanek wypili, ale kiedy jeden z nich próbuje odjechać, skuter wpada mu w poślizg, i wygląda  to ciut niebezpiecznie. Trunek, który piją  to lokalny alkochol nazywany białą whiskey. Sprzedawany jest w butelkach wyglądających jak starodawne butle po oranżadzie, lylko dwa razy większe. W pewnym momencie jeden z mężczyzn zaczyna bardzo głośno śpiewać, a reszta się cieszy i mu klaszcze. My siedzimy z boku, sącząc  nasze jedno piwko. Nadal leje i nie zamierza przestać  więc zaczynamy  się zastanawiać nad drugim. Tomek zagaaja naszych sąsiadów i pyta jak to tutaj jest z ich normami alkoholowymi. Czyli pod wpływem jakiej ilości alkoholu można legalnie jechać.   Ha ha ha! Mężczyźni nas wyśmiewają. Można pic, można prowadzić, a jak policja zatrzymuje to się po prostu nie trzeba zatrzymywać! Proste!  Kupujemy więc następne piwo, a potem kosztujemy ich  White whiskey (oczywiście nie za dużo, bo w końcu mamay wracać do miasta ciemną, mokrą, nieznaną drogą), i przekąszamy to wątróbką z chili, którymi nas częstują.  Tak to lody zostały przełamane i przyszła kolej na naukę kilku zwrotów po Tajsku.  Niestety okazuje  się, że chyba nam obojgu słoń na ucho nastąpił, bo nie potrafimy poprawnie wymowic ani jednego słowa! Nawet imienia naszego sympatycznego długowłosego nauczyciela. (Nazywał się chyba Lo G, ale wymawiało się to trochę jak ‚lou gy’ albo ‚low girl’.)

Nocny Bazar w Chiang Rai
Całkiem już prawie pusty Nocny Bazar w Chiang Rai

W końcu przestaje padać i możemy jechać dalej.  Jest już ciemno  więc decydujemy się wrócic do Chiang Rai. Na szczęście mają jeszcze wolne miejsca w hotelu, z którego się rano wyprowadziliśmy!  Nie bierzemy nawet naszych dużych plecaków,  postanawiamy  udawać, że mamy ze sobą tylko te małe. W końcu zaczęliśmy rano naszą podróż po Golden Triangle, więc trzeba kontynuować 🙂

Biegniemy  jeszcze na Night Bazar. Jest  już w prawdzie późno i zaczyna  się robić pusto (a może to z powodu tej ulewy?), ale nasze ulubione stoisko na samym końcu bazaru, przy scenie tuż przed stoiskami z piwem i napojami jest jeszcze otwarte.  Jemy nasze ulubione Morning Glory (czyli smażony szpinak wodny) , jakąś pyszną wołowinkę, piwo ze spritem i planujemy kolejny dzień pełen niespodzianek 🙂

 

ZAPRASZAM TEŻ DO OBEJRZENIA FILMOWEGO PODSUMOWANIA TEGO NIEZWYKŁEGO DNIA W OKOLICACH CHIANG RAI  – KLIKNIJ, ŻEBY OBEJRZEĆ FILMIK

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *