Jeden dzień w okolicach Luang Namtha w Laosie

VIP Bus do Luang Namtha

Po kilku leniwych dniach w Luang Prabang postanawiamy się przenieść na dalej n północ do Luang Namtha. Kupujemy bilety u ‘zaprzyjaźnionego sprzedawcy wszystkiego’ a zarazem właściciela małej agencji turystycznej na przeciwko naszego hotelu.  135 tyś Kipów za jedenastogodzinną podróż nocnym autobusem VIP. Jedziemy we trójkę, razem z Glebem, Rosjaninem, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej w Luang Prabang.  Przodkowie Gleba lata temu zostali przesiedleni do Kazachstanu. Kiedy miał prawie 10 lat, przeprowadził się z rodzicami do małej wioski pod Moskwą, a od jakiegoś czasu mieszka w stolicy. Studiował historię, parał się dziennikarstwem a od trzech miesięcy podróżuje po Azji. Trafił nam się chyba dobry kompan podróży!

Mały tuktuk odbiera nas spod hotelu o godzinie 18.00. Transport na dworzec jest wliczony w ‚usługę VIP’. Po drodze zgarniamy jeszcze kilka osób i w końcu robi się tak ciasno, że nasze wielkie plecaki mamy prawie na głowach..  Kiedy dojeżdżamy na północny terminal autobusowy  (w Luang Prabang są trzy główne węzły komunikacyjne  – terminal północ, terminal południe, i baza mikrobusów na przeciwko terminalu południowego), nasz vip bus już jest podstawiony.  Jest to własciwie jeden z tych wysokich autobusów, z siedzeniami wysoko, mnóstwem miejsca pod pokładem i toaletą. Dajemy kierowcy naszego tuktuka rachunek za rezerwację i w zamian dostajemy od niego bilety.  Miejsca 9, 10 i 11..

Biegniemy jeszcze szybko zjeść jakąś zupkę i zrobić zakupy na drogę, a potem szybko wracamy pod autobus, bo pomimo, że siedzenia są numerowane, jakoś nie ufamy temu systemowi… Najpierw trzeba oddać nasze duże plecaki – są pakowane pod pokład i w miejsce, gdzie wg zamysłu konstruktora autobusu miała być toaleta. Tu jej nie ma (bo przecież można się zatrzymać po drodze i skorzystać z krzaczków), jest za to więcej miejsca na bagaże. Kiedy bagaże są pakowane pod pokład, pan konduktor-zawiadowca z listą sprzedanych biletów wywołuje kolejne numery i zaprasza do autobusu.  Szczerze przyznam, że nie spodziewałam się takiej organizacji..  Na pokładzie jest w miarę czysto, na siedzeniach są jakieś narzuty (ciekawe po co? Może siedzenia są brudne? Albo mokre, tak jak fotel francuza siedzącego za nami?), a na niektórych nawet poduszki .  Niestety jest bardzo mało miejsca na nogi, bo  jakiś lokalny samozwańczy innowator postanowił zamontować trochę więcej foteli, czyli  musiał zmniejszyć odległość między nimi.  O ile ja jeszcze jestem w stanie to przeżyć, to dla Tomka jest to problem..  Dobrze, że siedzi od środka, może będzie mógł wyciągnąć nogi na przejściu?  Jeszcze przed odjazdem, zdajemy sobie sprawę, że są na to bardzo wątłe szanse, bo w przejściu pojawia się coraz więcej kolorowych toreb (takich samych, jak na naszych bazarach, gdzie handlują bracia ze wschodu).

Wyruszamy w drogę. Początkowo jedzie się całkiem przyjemnie, droga jest w miarę dobra, utwardzona i nie ma zakrętów.  Po jakiejś godzinie sytuacja się zmienia. Jest coraz bardziej kręto i autobus często musi zwalniać, hamujemy co chwilę, bo na drodze są wielkie dziury, nie wiadomo jak głębokie kałuże i wielkie zwały czerwonego błota. W dużej części droga jest w ogóle nieutwardzona więc, z mnóstwem wystających kamieni, więc wszyscy podskakują na swoich siedzeniach.  Nie trzeba było długo czekać, aby komuś zrobiło się niedobrze. Z różnych części autobusu słuchać okrzyki ‘ stop the bus! Stop the bus!’. Kierowca zatrzymuje się dwa razy. Ofiary trzeciego i kolejnych ataków mdłości dostają plastikowe torebki i muszą sobie jakoś radzić..  Autobus już sie nie zatrzymuje. Na wszelki wypadek biorę dwie tabletki, które dała mi jeszcze przed wyjazdem Kamila (dzięki – póki co się spisują!), włączam swojego audiobooka, pod głowę podkładam poduszeczkę  i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Po kulki godzinach jazdy już wiem po co były te wszystkie narzuty. Klimatyzacja w autobusie jest chyba po to, żeby nas wszystkich wymrozić.. Nie da się jej w żaden sposób regulować, więc już po pierwszym postoju , ci bardziej przygotowani zaczynają sięgać po śpiwory. Reszta ratuje się przed zamarznięciem przykrywając leżącymi na siedzeniach narzutami.

Postoje mamy  mniej więcej co godzinę i pół, zwykle w małych miasteczkach (dużych tu nie ma, laos to właściwie same wioski…) Wokół przystanków autobusowych jest jednak zawsze mnóstwo straganów z jedzeniem, małych kramików, gdzie można kupić owoce, wodę i jakieś słodycze.  Można też skorzystać z toalety, ale zwykle trzeba za nią płacić 1000 lub 2000 Kipów.  Raz zatrzymujemy się w szczerym polu, dopiero po chwili zauważam przy drodze szereg bambusowych kramików  krytych liśćmi. Po chwili pojawia się kilka bladych światełek – to śpiący handlarze słysząc nadjeżdżający autobus zrywają się ze snu i włączają latarki żeby podświetlić swoje towary – banany, mango, słodycze. Oprócz kilku jaśniejszych punkcików latarek, nie widać zupełnie nic.

Przez całą podróż słucham książki – The girl with the dragon tatoo.  Podróżowanie barddzo sprzyja nadrabianiu książkowych zaległości, na laoskie drogi, trzeba się jednak przygotować. Tu, przynajmniej w moim wypadku,  sprawdzają się wylącznie audiobooki.  Po pierwsze, za bardzo trzęsie, żeby dało się czytać normalną, drukowaną książkę. Po drugie, jest za dużo zakrętów, i zaraz robi się niedobrze kiedy bujam się patrząc w literki. Po trzecie podróżując nocą, zupełnie nie mam kontroli nad tym czy światełko do czytania nade mnąi się świeci, czy nie. Początkowo cały autobus jest oślepiony głownymi lampami i słucha hałaśliwego disco-lao, a potem nagle, bez zapowiedzi światła gasną i robi się zupełnie ciemno. Sąsiada nie widac a co dopiero druku w książce. Audiobooki w takiej sytuacji są genialnym rozwiązaniem. Słuchawki w uszy i gapię sie w czarną otchłań, a w mojej wyobrażni przesuwają się obrazy.. To lepsze niż film!

Około godziny drugiej zaczynam drzemać, ale budzę się regularnie co godzinę. Nad przednią szybą jest wielki elektroniczny zegarek, który późni się, lub spieszy 12 godzin. Widzę, że jest 14.34, potem 15. 38, potem 16.39. Około szóstej rano (czyli wg lokalnego czasu pokładowego 18.) dojeżdżamy do Luang Namtha.

 

Zdjęcia z Luang Namtha

 

 

Luang Namtha

Spory dworzec wydaje się być opuszczony. Upewniamy się, że to nasz cel podróży i wysiadamy.  Tylko 5 osób kończy podróż w Luang Namtha – nasza trójka, i para amerykanów.  Musimy wziąć tuktuka do centrum, bo okazuje się że dworzec jest poza miastem ( mają tu dziwne zamiłowanie do budowania dworców daleko poza centrami miejscowości – nie rozumiem dlaczego).  Dojeżdżamy do centrum za 10tyś Kipów od osoby.   Na ulicach jest  pustawo, wydaje się, że wszystko dopiero się budzi ze snu.  Tutaj jednak jest tak  przez większość czasu..  Oglądamy kilka hoteli.  Są miejsca w Zuela Guesthouse, ale dopiero po 8.30.  Jest tu naprawdę czysto w porównaniu z innymi miejscami i cena jest w porządku (60tys Kipów za dwie osoby) więc postanawiamy  przeczekać na kawie.

Razem z amerykańską parą lokujemy się w jedynej otwartej restauracji. Jedzenie jak wszędzie w Laosie nie jest tanie (w porównaniu np z Indiami i Tajlandią) , ale nie mamy wyboru. Zamawiam  ‚pankejka’  z bananem i kawę za 20 tysięcy.  Mają tu dwa  rodzaje naleśników, jeden cieniutki, milimetrowy, w który zwykle pakują nadzienie i zawijają lub składają, a drugi na proszku do pieczenia albo jakimś innym cholerstwie, gruby na centymetr, z nadzieniem wpakowanym i zasmażonym w cieście. Dostaję właśnie ten drugi, którego nie  nie lubię. Jestem jednak głodna więc zżeram co mam na talerzu i  popijam lao coffee ze skondensowanym słodkim mlekiem.

Rozmawiamy z amerykanami o naszych planach i okazuje się też planują jakiś treking. Zastanawiamy się, czy nie wyruszyć  razem. Pytamy o ceny w kilku agencjach – są bardzo podobne: za dwudniowy treking  płaci się około 410 – 450 tyś Kipów, jeżeli w grupie jest 5 osób. Jeżeli grupa jest mniejsza, cena rośnie.

Nie decydujemy się na nic. Idziemy się zameldować do hotelu, bo każdy z nas marzy  o prysznicu i drzemce w wygodnym łóżku.

Luang Namtha jest bardzo małą mieścinką, z niewieloma atrakcjami.  Postanawiamy wziąć skuter i zrobić sobie wycieczkę po okolicy.  Skutery są tutaj o wiele tańsze niż w Luang Prabang.  Porządna maszyna kosztuje około 50 tyś na dzień, a jakieś starocie można wypożyczyć już za 30tyś Kipów.  Jest godzina 13.  W hotelu udaje nam się wynegocjować fajny, nowy skuter za 30 tyś na resztę dnia.  Na mapie, którą dostaliśmy na recepcji  jest wodospad, kilka świątyń, i mnóstwo wiosek.  Najpierw kierujemy się na wodospad i tu przeżywamy pierwsze rozczarowanie. Najpierw opłata 2tyś od osoby plus 2tyś za skuter (nadal nie wiem na ile te opłaty są oficjalne – płaci się grupie ‚lokalsów’, najprawdopodobniej z którejś z pobliskich wiosek,  dostaje się nawet bilet, ale do czyjej kieszeni idzie ta kasa?), potem krótki spacer  wzdłuż wyschniętego strumienia a na końcu wodospad z bardzo małą ilością wody.  Przynajmniej po drodze widoki były przyjemne. Pola ryżowe, ogromne, zielone z odbijającym się w wodzie błękitnym niebem, pracujące na nich kobiety i dzieci taplające się w wodzie.  Widzieliśmy cegielnię i chłopaków, którzy własnoręcznie, bez żadnych skomplikowanych narzędzi gołymi rękoma kleili cegły z gliny a potem układali w długaśne rzędy i suszyli na słońcu.  Ciężka taka praca – w otwartym polu i bez żadnego cienia..

Dalej jedziemy wzdłuż rzeki …. w kierunku Muang Sian. Chcemy zobaczyć tamę na rzece i zbiornik retencyjny.  Ciekawi nas to, bo Laos wydaje się bardzo dziki a tu proszę – taklei cudo. Niestety nie mamy szczęścia,  teren jest strzeżony a strażnik nie chce nas wpuścić.   W drodze powrotnej zatrzymujemy się na piwo  i coś do jedzenia w barze z pięknym widokiem na rzekę. Mamy bardzo hałaśliwe towarzystwo. Grupa lokalnych kobiet i  kilku mężczyzn pije wielkie ilości BeerLao i Lao Lao. Przunajmniej jedzenie jest smaczne.

Przed powrotem do hotelu postanawiamy zobaczyć jeszcze jedną świątynię. Tutaj znowu jakiś lokalny stróż chce od nas 5tyś za wejście. Nie miałąbym nic przeciwko temu, ale świątynia jest już zamknięta.. Można ją tylko obeść dookoła. Postanawiamy opuśćić tę atrakcję i w zamian pogapić się na ludzi pracujących kawałek dalej na polach ryżowych.  Prawie o zmierzchu wracamy więc do hotelu.

Tu się spotykamy z Glebem i zastanawiamy co zrobić z tym trekingiem. Co z tego wynikło?

Możesz przeczytać relację z trekingu w Luang Namtha

 

 

Obserwuj i dziel się!
0

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *