Kolorowe Hampi

Przyjechaliśmy do Hampi planując tu zostać dwa dni. Wyjechaliśmy dopiero po tygodniu.  Najchętniej zostalibyśmy tu jednak na jeszcze dłużej.
Hampi to jedno z piękniejszych miejsc jakie odwiedziliśmy w Indiach. Rozległe ruiny miasta będącego niegdyś stolicą hinduskiego państwa Widźajanagar. Miasto założono w czternastym wieku w górskiej okolicy na prawym brzegu rzeki Tungabhadra.
Żyło tu ponad 500 tysięcy ludzi więc nawet przekładając to na dzisiejsze czasy, to przecież cale mnóstwo.  Kwitnące miasto zamieniło się w gruzy po półrocznym oblężeniu z drugiej połowy XVI wieku. Starożytne świątynie, ruiny pałaców, bazary zostały wpisane na listę zabytków i dziedzictwa kulturowego UNESCO.  Ruiny  wtapiają się w pomarańczowo rdzawy  pustynno – górzysty krajobraz.   Dopiero po  kilku dniach wędrówek  zdaliśmy sobie sprawę jak wielka była to metropolia.

 

Dużo spacerowaliśmy, a że upał był niemiłosierny, często też szukaliśmy cienia. Jednym z moich ulubionych miejsc wytchnienia  były prowizorycznie urządzone uliczne restauracyjki , tuż przed domostwami zamieszkałej przez okolicznych wieśniaków ulicy Hampi Bazar. Niegdyś był to szeroki prospekt pomiędzy świątyniami Virupraksha i Nandi.  Plastikowe krzesła i stoliki niemalże wprost na ulicy,  laminowane jadłospisy, których nikt nigdy nie przecierał z kurzu, woda do mycia rąk polewana z kontenera przez właściciela.  I oczywiście pyszne domowe jedzenie! Miejsca te dawały znakomity punkt widokowo-obserwacyjny. Siedząc w plastikowym pomarańczowym krześle, w cieniu drzewa i popijając lasi przyglądałam się życiu mieszkańców tej dziwnej ulicy.
Kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy te zabudowania, pierwszą myślą było, że musiało tu być trzęsienie ziemi. Wszystkie budynki są  z wielkich kamiennych bloków, jest ich długi rząd i są identyczne.  Większość jest jednopiętrowa, ale niektóre maja drugą kondygnację, która  w większości wygląda na albo nie wykończoną, albo zniszczoną. Biorąc pod uwagę stary bardzo wygląd budynków stawialiśmy na zniszczenie. Chyba mieliśmy rację, tyle że nie było to niedawne  trzęsienie ziemi, ale najazd wrogiej armi kilka wieków temu.  Okoliczni wieśniacy wykorzystali pozostałości zabudowań na swoje potrzeby. Wygląda to dość malowniczo i ciekawie. Domki pomalowane na jaskrawe kolory. Większość to odcienie błękitu i zieleni,  ale zdążają się też inne kolory.
Na drzwiach wiszą szydełkowane, wyszywane, bądź robione z suszonych owoców i kokosa ozdoby. Przed domami rosną drzewa, w cieniu których toczy się życie. Jest kilka sklepików z gadżetami dla turystów, tu i ówdzie zakład krawiecki, Niektórzy mają małe restauracyjki, a inni po prostu zajmują się własnymi sprawami.  Do drzew poprzywiązywane są sznury na których suszy się kolorowe pranie.  Kilka ujęć wody, przy których gromadzą się kobiety, z ogromnymi  pękatymi dzbanami ,  bardzo wąskimi u góry (kiedyś były to dzbany gliniane, teraz widuję się już raczej plastikowe). Kobiety plotkują,  nabierają w nie wodę,  wracają do domów niosąc dzbany  na głowach. Potem robią pranie lub zmywają naczynia – wszystko to oczywiście na ulicy, w cieniu, przed domem.  Jest też kilkoro żebraków, którzy siedząc na poboczu czekają na turystów i zawodzą, gdy tylko jacyś przechodzą.
Siedząc tak i przyglądając się ich życiu,  próbowałam sobie wyobrazić, jak wyglądało życie w Hampi  kiedy miasto było w poełni rozkwitu.  Teraz to zaledwie jedna uliczka. Wieki temu przepych, bogactwo, dźwięki ulic, bazarów, muzyka i śpiew dobiegające ze świątyń.. Karnawał barw, dźwięków i zapachów.


Podobno obecni mieszkańcy tych okolic mają nie lada problem, gdyż w związku z wpisaniem Hampi na listę zabytków UNESCO grozi im wysiedlenie z ich małych kolorowych domków.


Nikt nie był nam w stanie wyjaśnić jak to właściwie jest i jak dla mieszkańców starożytnych ruin ta historia sie skończy.

 

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *