Pyay w Birmie – i polski akcent

W Pyay (wymawia się Pii) zatrzymalismy się po drodze z Ngapali do Bagan. Nieduże miasteczko z niewielką ilością turystów. Droga z Ngapali do Bagan jest jedną z gorszych, jakimi jechałam w Azji i większość ludzi, których spotkaliśmy nie zdecydowała się na tę opcję. Wybierają połączenie lonicze z Ngapali do Yangon i z Yangon do Bagan.
Do Pyay dotarliśmy o 2 w nocy, po męczącej podróży piaszczystą wyboistą, górską w większości drogą. Mieliśmy już zarezerwowany guest gouse (foto poniżej, kto lubi, niech korzysta i rezerwuje. Tanio:) Ryksza z gesthousu -PanGabar się nazywał – zabrała nas na miejsce. Nocleg jak już pisałam najtanszy jaki mieliśmy w Birmie, i niestety o najniższym standardzie (Bardzo, bardzo się cieszyłm, żę mam swój śpiworek), ale gospodarze – przemili. Bardzo pomocni.

IMG_4946.JPG

Był też polski akcent w Pyay? Był! I to nie jeden.
Gospodarz, kiedy dowiedział sie ze jesteśmy z polski wyciągnął opakowanie zapałek czechowickich. Ktoś mu kiedyś przywiózł, pięć lat temu. I tak leżą. Idealnie owinięte w folijkę (uwielbiają folijki na w azji – jak jest folijka, to niech będzie. Dłużej nowe będzie;)
IMG_4948.JPG
A astępnego dnia.. Tusk..  w gazecie w Birmie.. tylko nie wiadomo o czym pisali..

IMG_4951.JPG
Warunki sprzyjały wczesnemu wstawaniu – budziłam się co chwilę bojąc się że jakis robal na mnie wejdzie a potem jakieś ptasiory się darły nieżiemsko (później się okazało że to nietopwrze były) Wstałam więc o szóstej i wyszłam na spacer. Poszłam w kierunku rzeki, a potem zaniosło  na market. Jakoś tak naturalnie popłynełam z powoli przybierającą na sile falą ludzi. Bez pośpiechu, podobnie jak oni chodziłam i się rozgladałam.  Market podobny do wielu innych, które widziałam, ale wzbudziłem większe zainteresowanie niż zwykle. Sprzedający z chęcią pozowali do zdjęć. Ba! Sami mnie nawet zaczepiali i prosili, żeby robić im zdjęcia. Zawsze chcieli dobrze wyglądać – stroili się, czasami zdejmowali żakiety albo swetry, innym razem czapki. Zawsze potem trzeba im było pokazać te zdjęcia. Niesamowite, jak taka mała rzecz, jak zobaczenie swojej podobizny na kolorowym wyświetlaczu aparatu, ich cieszyła.  Bardzo miło wspominam ten poranek.  IMG_4939.JPG

IMG_4938.JPG

IMG_4940.JPG

Po drodze z marketu do gesthousu zatrzymamam sie przy kobiecie smarzącej jakies naleśniki. Chciałam pobserwowac i zrobic kilka zdjeć. Po chwili stwierdziłam, ze  nawet nieźle wygladają i chciałam kupić. Babinka jednak nie chciała żadnych pieniędzy! To było tylko 200 Kyat. Nalegałam, ale ona nie chciała..  Nie był to pierwszy raz kiedy ujęła mnie birmijska gościnność i szczodrość. A ja nawet nie potrafiłam powiedzieć więcej, niż ‚dziękuję’..
IMG_4943-0.JPG

Przysiadłam na chwilę przy tej pani i zajadając mojego naleśnika przyglądałam się jej pracy. Ludzie przychodzili, kupowali kilka naleśników, i odchodzili. Czasami przysiadali się na chwilę, i tak sobie siedzieliśmy i się wzajemnie obserwowaliśmy zaciekawieni swoją innością.

A jak juz mi się znudziło, zgarnelam chłopaków z hotelu i poszliśmy połazić jeszcze troche po mieście. Po drodze spotkaliśmy dwóch studentów, przemiłych chłopaków, którzy chcieli pogadać po angielsku. Oprowadzili nas po świątyni a potem.. kupili nam w prezencie lokalne słodycze. I nie dali się nam odwdzięczyć.

IMG_5022.JPG

IMG_5021.JPG

IMG_5018.JPG

IMG_5035.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *