Treking w Luang Nam Tha – cz. pierwsza

Trekking w Luang Namtha

W Luang Prabang spotkaliśmy Glebaa z Rosji. To było w tym samym czasie, kiedy polscy i rosyjscy pseudokibice tłukli się po mordach w Warszawie. My w towarzystwie Polsko-Rosyjsko-Niemeckim zgodnie stwierdziliśmy, że nam nic do tego. Wolimy pić piwko i planować nasze podróże. Właśnie wtedy, kiedy wszystkie polskie i rosyjskie media rozpisywały się o historycznej wrogości narodów, my postanawiamy pojechać na treking do Luang Namtha. Planujemy wybrać sie do dżungli i kusi nas, żeby wybrać się na ten treking samemu, a nie przez żadną agencję.  Sprawdzamy broszury – miejscowości po drodze, trasę, odległości. Pytamy lokalnych czy to jest możliwe. Mówią, że to  niebezpieczne, ale nikt nie mówi, że się nie da. Postanawiamy spróbować. Ja mam mnóstwo wątpliwości i oznajmiam  chłopakom, że jeżeli w którymkolwiek momencie stwierdzę, że robi sie niebezpiecznie, będę zawracać.  Żeby się nie zdziwili.  Ściągam też mapę całej okolicy na moim iPhonie. Na wszelki wypadek.  Jeżeli GPS działa, to wskaże nam odpowiedni kierunek marszu.  Mam też cichą nadzieję, ze w wiosce będzie można wynająć kogoś lokalnego, żeby z nami poszedł.

Gleb organizuje tuk tuka do Chalernsouk, wioski oddalonej o około 25 km od Luang Namtha.  Wynegocjował 75 tyś. Mamy być gotowi następnego ranka o 8.00.

Treking – dzięń pierwszy. Wyruszamy do dżungli

Luang Namtha Treking - Mapa
Nasza trasa trekingowa

Niezbędne rzeczy na treking pakujemy do małych plecaków, duże postawiamy w hotelu.  Mamy ze sobą wodę, kilka bułek, jakieś słodycze, parę ubrań na zmianę, niezbędne leki przeciw alergiczne, antyseptyczne  i przeciwbólowe.   Gleb ma ze sobą dwa plecaki – duży i mały. W hotelu zostawił tylko dwie małe torebki.  Kierowca tuktuka przychodzi po nas do hotelu. O 8.30 pakujemy się na tuktuka i przed 9 jesteśmy w Chalernsouk. Wioska górskiego plemienia Khmu przy samej drodze. Drewniane chałupki. Sklepik. Dziewczyna ze sklepiku mówi trochę po angielsku. Pytamy ją o drogę do Ban Nam Lu. Ona z kolei, wypytuje o przewodnika, o agencję, dziwi się trochę, ze idziemy sami, ale dokładnie opisuje trasę. Mówi też, że nie ma problemu, żeby we wiosce zanocować – jest tam tzw ‚homestay’. Nocleg z kolacja i śniadaniem kosztuje 60000 Kipów. Jeżeli wrócimy, możemy też spać w jej wiosce za taka samą cenę. Pytamy o lokalnych przewodników do wynajęcia, ale dziewczyna mówi, że nikt z nami nie może iść bez rachunku z agencji. Cóż, jesteśmy skazani na własne siły.  Dokupujemy jeszcze kilka paczek słodyczy, banany ( sprzedaje nam część z bananów, które kupiła swojej córce), ziarna słonecznika i po zupce chińskiej. Ja dopytuję raz jeszcze o drogę – chcę wiedzieć, czy jest łatwo się zgubić.  Jest tylko jedna ścieżka, aż do samej wioski.  Jedyne miejsce w którym musimy uważać to rozdroże nad rzeką. W lewo idzie się na pola ryżowe, a do wioski w prawo.   Bogatsi o nowe ważne informacje ruszamy w drogę.  I oczywiście w pierwszym i jedynym miejscu gdzie można się pomylić my wybieramy niewłaściwą ścieżkę!   Usprawiedliwia nas jedna rzecz – tam gdzie miało być rozdroże ‚nad rzeką’, żadnej rzeki nie było, a my kierując się logiką wybraliśmy drogę, która wydawała się częściej uczęszczana. Po około godzinie marszu ścieżka się po prostu kończy  – jesteśmy pewni, że  idziemy w złym kierunku  i postanawiamy wracać.  Nasza logika co do wyboru drogi była kompletnie błędna. Oczywiście, że w pobliżu wioski, bardziej wydeptana i częściej nieuczęszczana będzie ścieżka na pola, niż droga do innej wioski oddalonej o kilka kilometrów.  Ten błąd kosztował nas 2 godziny. Około 11 jesteśmy znowu na rozdrożu. Robimy korektę trasy i maszerujemy w, mamy nadzieję dobrym kierunku.  W tym momencie postanawiamy też, że jeżeli o 15.30 nie będziemy we wiosce Na Lan, musimy zawrócić.

Po kilkunastu minutach  po lewej stronie ścieżki widzimy znak. Jest ‚po obcemu’, więc możemy się tylko domyślać, że jest to jakaś tablica informacyjna Parku Narodowego, ze schematyczną mapką. Nic z tego nie możemy wyczytać, ale mówimy sobie, że jesteśmy na właściwej drodze.  Idziemy  pod górę przez niezbyt gęsty las.  Z czasem jest coraz bardziej stromo a las robi się dziki, i coraz  bardziej przypomina dżunglę. Ścieżka jest cały czas wyraźna i nie ma rozgałęzień – tak jak mówiła dziewczyna z wioski na dole. Gleb już na początku wyciągną maczetę i idzie prawie cały czas z przodu.  Mi co chwilę braknie mi tchu więc musimy się zatrzymywać.  Docieramy na szczyt góry i pod małym zadaszeniem jemy obiad. Bułki z bananem i cukierki dla dodania energii. Pół godziny wystarcza , żeby zregenerować siły. Ruszamy dalej. Teraz idziemy przez pewien czas w dół przez bambusowy las. Jest bardzo gęsty i pojawia się coraz więcej krzaczorów.  Ścieżka robi się śliska, więc trzeba uważać.  Zatrzymujemy się na chwilę, żeby się napić i zauważam dziwnego robala u Tomka na kostce.  To pijawka. Przyssała się cholera mocno i nie chce puścić. Kiedy Tomek próbuje ją odrzucić, przyczepia mu się do dłoni, potem do drugiej. W końcu mu  się udaje uwolnić, ale postanawiamy dokładnie obejrzeć nasze odnóża, żeby potem nie było krwawych niespodzianek. Wołamy Gleba i każemy mu zrobić to samo. Ja nie mam żadnej (uff!)  ale chłopaki mają  po kilka pasożytów na kostkach i łydkach. Gleb ma też pijawki na ramionach. Po tej toalecie podciągamy jak najwyżej skarpety i  obciągamy nogawki spodni.  Od tej chwili uważamy też  jak idziemy i co pewien czas sprawdzamy nasze nogi.

Idziemy przez następną godzinę, potem dwie. Chyba nie jesteśmy w szczytowej trekingowej formie, bo Tomek nabawia się kontuzji kolana a ja nie mogę złapać oddechu. Gleb jak gdyby nigdy nic biegnie na czele i co chwilę się musi zatrzymywać, żeby na nas poczekać.  Wcale mu nie przeszkadzają jego dwa plecaki.  Skąd on bierze tyle siły? Pytam go czy uprawia jakiś sport – odpowiada, że gra w hokeja. Teraz już rozumiem. Skąd niby mam mieć dobrą kondycję, jeżeli jedyną formą sportu dla mnie był spacer do pracy i z powrotem?

Luang Nam Tha Trekking
Usuwanie pijawek z kończyn dolnych i górnych

Po pewnym czasie docieramy nad strumień, w którym tapla się dwójka dzieciaków. Początkowo są bardzo przyjaźni, ale kiedy widzą Gleba, a właściwie jego maczetę, natychmiast znikają. Udaje nam się tylko dowiedzieć w którą stronę idzie się do Ban Na Lan – chłopcy wyskoczyli z krzaków, wskazali nam kierunek i znowu uciekli. Przeprawiamy się przez strumień i idziemy ścieżką we wskazanym przez nich i jedynym możliwym kierunku.  Po kilkunastu minutach docieramy nad rzekę. Wszystko według planu. Na Lan leży nad rzeką Nam Ha i to musi być właśnie ta rzeka. Sprawdzamy na naszym googlowym GPS-ie. Zgadza się! Musimy więc być blisko!

Ścieżka wzdłuż rzeki jest dla mnie o wiele przyjemniejsza. Prawie cały czas płasko. Dosyć szeroko. W końcu mogę się porozglądać J.  Idziemy zadowoleni, aż tu nagle… rozdroże! Przez rzekę przerzucony jest cienki bambusowy, wiszący most. I co teraz.. Szybka analiza sytuacji, znowu zerkamy na mapy i  na GPS.  Według map wioska jest po tej samej stronie rzeki, po której my jesteśmy teraz. Na googlowych mapach , kawałek dalej nad rzeką jest duża jasno-żółtawa plama – to może być wioska. Postanawiamy nie przechodzić przez most i iść dalej przed siebie. Oddycham z ulgą, bo nie miałam najmniejszej ochoty wchodzić na tę chwiejącą się konstrukcję. Znowu kawałek przez las, przez równinę nad rzeką i przez jakieś chaszcze.  Na końcu tej równiny widać dach – to chyba domek! Tak! Podchodzimy bliżej. Domek na palach, tylko jakiś wielki i zamknięty na cztery spusty. Idziemy dalej. Wszyscy mamy wątpliwości, czy idziemy w dobrym kierunku. Tomek przypomina nam, że jeżeli nie dotrzemy do wioski przez kolejne pół godziny, trzeba będzie wracać. Nikomu kolejne cztery czy pięć godzin w drodze się nie uśmiecha, więc pełni nadziei maszerujemy dalej.   Nagle przed nami rozpościera się widok na pola ryżowe. To znaczy, że w okolicy musi być jakaś wioska. Mamy szczęście. Dochodząc do końca tarasów zauważamy pierwsze strzechy. Jesteśmy u celu , a właściwie na półmetku!

 

Ban Na Lan

Ban Naa Lan, to wioska plemienia Khmu. Wioska jest ogrodzona i żeby się do niej dostać, trzeba przejść przez drabinko-schody sklecone z bambusa. Zaraz za nimi jest  prosta brama – dwa wbite w ziemię bambusy i poprzeczka nad nimi –  prowizoryczne zadaszenie. Jest już po piętnastej ale wciąż niesamowity skwar. Rozglądamy się ciekawie. Jest tu około trzydziestu chatek wybudowanych na łagodnie schodzącym w dół rzeki wzgórzu. Wydaje się, że we wiosce nie ma  żywego ducha, po chwili jednak z  jednego z domków wychodzi staruszek w koszuli i szortach. Potem pojawia sie dwóch chłopców.  Na migi próbujemy się dowiedzieć czy możemy tu przenocować. Dziadziuś śmieje się i  pokazuje w kierunku rzeki i prowadzi nas do położonego nieco na uboczu domku.  Jest tu kilka budynków położonych dookoła niewielkiego placu, z miejscem na ognisko na środku. Największy,  ustawiony bokiem do rzeki, to noclegownia. Jeden z chłopców biegnie do wioski i po chwili wraca z kluczami. Dziadziuś otwiera drzwi. W środku na podłodze rozścielone są maty, a w kącie widać stosik materaców i jakichś koców. Super! Będziemy mieli miękko!  Po przeciwnej stronie placu jest mniejszy budynek. W środku bardzo prymitywna toaleta   ‘na narciarza’ – taka jak większość tych tu w Azji, tyle że na betonowym piedestale wyniesiona na wysokość europejskich sedesów.  Obok wielki plastikowy kontener na wodę.  Starszy z chłopców natychmiast łapie się za jakieś wiadro, biegnie nad rzekę po wodę i wlewa ją do kontenera. Powtarza to wszystko kilka razy. Uśmiecham się szeroko, kiedy dziadziuś pokasuje mi tę toaletę. On z kolei  uśmiecha się jeszcze szerzej pokazując swoje wszystkie ubytki.  Chyba jest strasznie dumny, że w jego wiosce jest taki cud cywilizacyjny, i że ‘falang’ czyli ja i cała reszta turystów możemy z niego korzystać.   Jest tu jeszcze jeden mały budynek ustawiony przodem do rzeki – to kuchnia z bardzo prymitywnym paleniskiem  (też zamykana na kłódkę) i otwarta  ‘jadalnia’ czyli stół i dwie ławki pod zadaszeniem.

We we wiosce Ban Na Lan
We we wiosce Ban Na Lan fot.Gleb Kuznecov

Oglądam to wszystko, po czym chowam się pod zadaszeniem przy naszym domku. Chłopcy z ciekawością się nam przyglądają.  Wyciągam jakieś wafelki i zapraszam ich na górę. Gramolą się zadowoleni i nieśmiało sięgają po słodycze. Młodszy z nich, ten cały zasmarkany  nazywa się ‘Thaih’  a starszy ‘Khum Tha’ (oczywiście nie mam pojęcia jak to się pisze).  Siedzę tam z nimi, i próbuje się jakoś ‘komunikować’ podczas gdy Tomek i Gleb ruszają do wioski dowiedzieć się, czy będziemy dziś jeść kolację.  Spędzamy z dzieciakami około godziny razem, gapiąc się na siebie, chichrając, wymieniając spojrzenia i zajadając chipsy ze słodkich ziemniaków czyli batatów. Chłopcy wydają się bardzo grzeczni, lub nieśmiali – pomimo tego, że położyłam przed nimi całą otwartą paczkę łakoci, oni, za każdym razem, kiedy chcieli się poczęstować rzucali na mnie pytające spojrzenia.  W międzyczasie pojawiła się też przed domem starsza kobieta i starszy, ale jeszcze z czarnymi włosami (może farbowane?) mężczyzna w  zielonej bluzie od munduru.  Kobieta po prostu mi się przyglądała. Mundurowy próbował rozmawiać, ale oczywiście niewiele z tej rozmowy wynikło więc sobie poszedł.

Po pewnym czasie wracają Tomek i Gleb. Tomek krzyczy, żeby nie oddawać wszystkich słodkości dzieciakom, bo nie wiadomo co z kolacją.  Chłopaki nie  są już tak zadowoleni jak wcześniej. Mówią, że próbowali zorganizować jakieś jedzenie, ale większość  z kilku osób we wiosce jest jakaś przestraszona i nie chce  rozmawiać.  Kiedy próbowali zaoferować pieniądze za kolację, zobaczyli niemal panikę w oczach wieśniaków. Dostaliśmy za to jakiś dziwny  brązowawy napój od  jednego z młodszych, chyba bardziej odważnych mieszkańców.  Podobno  jest  jakiegoś korzenia. Woda nam się kończy, więc nie gardzimy. Pijemy co jest.

Siedzimy tak przez pewien czas zastanawiając się, czy dziś będziemy jeść coś dobrego, czy tylko suche zupki chińskie i bułki z bananem . Pocieszamy się, że przecież są gościnni więc na pewno coś dostaniemy.  W tym momencie słyszę jak tomek krzyczy ‘Americans’ , i już wiem że mamy towarzystwo.

 

Green Discovery

Do ‘naszego obozu’ wchodzi  grupa 8 osób plus dwóch przewodników.  Przewodnicy, szczególnie ten anglojęzyczny (bo zwykle jest jeden do komunikowania się z turystami a drugi do komunikowania się z lokalnymi plemionami i noszenia tobołów) wydają się bardzo zdziwieni, że nas tu widzą. Wyczuwam w jego głosie również nutkę niezadowolenia z tego, że tu jesteśmy. Pyta jak tu dotarliśmy, jak znaleźliśmy to miejsce, kto nam otworzył domek etc. Odpowiadamy bardzo szczerze na wszystkie pytania. On z kolei, mówi nam że to jest jedna z tras i wiosek noclegowych, które Green Discovery posiada na wyłączność  – czyli, że żadne inne biura nie wysyłają tu swoich trekingów. Trochę mnie to dziwi, bo kiedy dwa dni wcześniej dowiadywałam się o trasy, taki sam trekking oferowały przynajmniej cztery różne biura.  Robi się trochę niezręcznie.  Koleś pyta co robimy jutro, gdzie idziemy  etc.  Mówi też, że możemy z nimi zjeść, spać, i jeszcze da nam jutro przewodnika do Nam Lu, i za to wszystko musimy mu zapłacić.  Cóż, za spanie we wiosce i jedzenie i tak chcieliśmy zapłacić, mieliśmy tylko nadzieję, że pieniądze trafią bezpośredni w ręce wieśniaków. Co do przewodnika, to nie mieliśmy absolutnie ochoty żeby ktoś z nami szedł. Odpowiadamy, że sie zastanowimy.

Nasi nowi towarzysze zabierają się za wieczorną toaletę. Część z nich usadawia się w cieniu razem z nami, cześć się przebiera i idzie kąpać w rzece. Trójka z nich jest z Izraela, para z Niemiec, para ze Szwajcarii i jeden koleś z Panamy.  Zaczynamy rozmawiać wszyscy wydają się bardzo sympatyczni.

We wiosce zaczyna być słychać odgłosy wracających z pól wieśniaków. Kilkoro pojawia się też w naszym obozie. Ktoś przynosi i nastawia wodę, dziewczyna niesie jakieś zioła czy warzywa. Zaczynają przygotowywać kolację.

Nasza trójka się naradza i postanawiamy zapytać przewodnika czy możemy się do nich przyłączyć na  śniadanie i kolację. Głupio tak będzie siedzieć z boku. Zgadzamy się na 60 tysięcy za pakiet kolacja + nocleg + śniadanie i idziemy do wioski rozejrzeć się i zrobić trochę zdjęć.

Jest już po piątej i  prawie pod każdym domem coś się dzieje.  Niektórzy rozkopują ziemię dookoła swoich posesji, żeby wszędobylskie kurczaki miały co jeść.  Gdzie nigdzie palą się ogniska, nad którymi w wielkich czarnych garach coś się pitrasi.  W kilku miejscach widzimy jak przesiewają zboże, plewy i resztki oddają kurom a resztę rozgniatają w ogromnych moździerzach. Spotykamy mężczyznę sklecającego dachy z liści palmowych. Wszędzie mnóstwo umorusanych dzieci, które bardzo chętnie pozują do zdjęć, tylko po to, by je potem zobaczyć na wyświetlaczach naszych aparatów.  Robię zdjęcie małemu bobasowi na balkonie – jego ojciec  wydaje się mnie  do tego zachęcać i chyba nawet pozuje. Potem mnie woła i pokazuje bardzo podobną fotografię. Zrobiona chyba kilka miesięcy wcześniej i już wyblakła. Mężczyzna ewidentnie chce aby mu moje zdjęcia przysłać. Tylko jak?  Przypomina mi się, że wcześniej widziałam na niektórych domkach niebieskie tabliczki i teraz mi świta, że to pewnie adresy. Robię więc zdjęcie tabliczki na jego domu i obiecuję że wyślę. Teraz mam zobowiązanie J

We wiosce nie ma elektryczności. Zauważam jednak kilka  maszyn, do napędu których potrzebna jest jakaś energia. Widzę też wielką antenę niemal na środku wioski – czy to znaczy, że ktoś ma tu telewizję? Po chwili dostrzegam kilka spalinowych generatorów – to wyjaśnia wszystko. Różniej się dowiaduję, że przy odpowiednim poziomie wody wioska czerpie też energię z rzeki.

Wałęsając się tak spotykamy przewodnika, który mówi, że za kilka minut będzie kolacja, wracamy więc do obozu.

Kolację jemy gdy już jest ciemno. Przy dwóch świecach. Na kolację jest sticky rice czyli kleisty ryż i jakaś potrawka z warzyw i wołowiny. Wszystko razem nawet smaczne. Potem przychodzi zupa z bambusa – tak ostra, że tylko Tomek ją je. Na koniec dostajemy butelkę ciepłego Lao Lao – lokalnego bimbru robionego z ryżu. Wypijam jedną szklaneczkę, i więcej nie mogę. Ciepły bimber jest okropny.  Kilku innym osobom, szczególnie blond dziewczynie z  Izraela Daniele, Lao Lao bardzo smakuje, więc to chyba na rękę, że kilkoro z nas spasowało.

Kiedy my jemy kolację, drugi przewodnik i kilkoro ludzi ze wsi szykuje nasze posłania. Są cztery duże moskitiery a pod nimi po dwa materace i 3 śpiwory. Mamy spać po 3 osoby pod moskitierą. Wszystko wygląda naprawdę super. Znowu przychodzi mi do głowy, że takich luksusów się nie spodziewałam.  Dostrzegam teraz zalety trekingu z przewodnikiem. Tak ładnie wszystko urządzili.  Najlepsza jest ta świeczka na samym środku słomiano-bambusowej chatki. Jeden niezręczny krok i wszystko mogłoby stanąć w płomieniach.  Udaje się jednak  doczekać ranka bez katastrofy.

Po kolacji siedzimy jeszcze przez jakiś czas przy dogasającym ognisku, delektujemy się herbatką z tajemniczego korzenia i opowiadamy śmieszne historie. Dookoła jest tak ciemno, że nie widać kompletnie nic. We wiosce nie ma elektryczności i jedyne źródło światła teraz to nasze ognisko. Kiedy się odejdzie na kilka kroków wydaje się, że wokół jest tylko czarna otchłań. Niebo jest zachmurzone, ale zamiast gwiazd mamy świetliki.

Ja chyba jako pierwsza idę spać. Naprawdę zmęczył mnie ten marsz. Przyjemnie będzie się wyciągnąć na wygodnym materacu.  Powoli  zaczyna się schodzić reszta, ale ja już wtedy głęboko śpię.

Budzi mnie jakiś huk.  Dookoła nadal ciemno, nie wiem co sie dzieje i przerażona myślę, że wali się nasza chatka.  Tomek mnie uspokaja, że to tylko Gleb się wierci i chyba się podłoga pod nim zarwała.  Poza tym, żadnych innych ekscesów nie odnotowano.

Część druga trekingu w Luang Nam Tha

Galeria fotografii z trekingu


Powiązane zdjęcia:

2 thoughts on “Treking w Luang Nam Tha – cz. pierwsza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *