Trzech freaków w dżungli
Trekingu w Laosie cz druga

Dzień wcześniej ruszyliśmy sami w dżunglę. Nie wiem czy to było najrozsądniejsze, ale tak zrobiliśmy. Nie zgubiliśmy się, nie spotkaliśmy na swojej drodze tygrysów, ani żadnych innych dzikich zwierzy, znależliśmy nocleg i nie nie głodowaliśy. Wszystko poszło prawie tak, jak zaplanowaliśmy. Szczegóły dnia pierwszego są opisane we wpisie Treking w Luang Namtha – część pierwsza

Trekking  dzień drugi

Tak wyglądają punkty kąpielowe we wiosce Khmu.
Tak wyglądają punkty kąpielowe we wiosce Khmu.

Klika osób z wioski i drugi przewodnik krzątają się w kuchni. Pierwszy  ma tu raczej status gwiazdy i niewiele robi, poza wydawaniem instrukcji.  Jeszcze przed śniadaniem dostajemy kawę. Ktoś znajduje jakieś ciastka. Jest przyjemnie.   Po chwili dostajemy sticky rice i jajecznicę na słodko. Nie wiem o co chodzi, ale tutaj i w Tajlaandi zawsze kiedy zamawiam jajka dostaję je na słodko.  Śniadanie mi nawet smakuje – może dlatego, że to mieszam z tym ryżem? Potem dostajemy jeszcze baanany – są dziwnie słodkawo słonawe. Wszystko tu smakuje na odwrót J

Tomka bardzo boli noga wiec zastanawiamy się nad zmianą trasy na łagodniejszą. Rzut oka na mapę i widzimy, że zamiast do Nam Lu przez góry możemy iść do Sopseem. Droga była by wzdłuż rzeki wiec na pewno nie tak stroma. Sopseem leży też przy jednej z głównych dróg, więc może udało by się złapać tuktuka albo okazje do Namtha.  Dopytujemy się przewodnika, ten jednak radzi nam iśc do Nam Lu, bo jest tam tylko jedna ścieżka, natomiast do Soopseen łatwiej jest się pogubić, bo w pełno jest rozgałęzień. Wierzymy mu na słowo. Płacimy mu za gościnę 60 tyś od osoby,  pakujemy  i ruszamy w drogę (naprawdę żałuję,że ta kasa wędruje bezpośrednio do jego kieszeni. Wolałabym zapłacić wieśniakom). Mamy przed sobą 5-6 godzin marszu, a przy moim zmęczeniu i Tomkowej kontuzji, możne to być nawet więcej.

 

Ban Nam Khoy

Wioska w Laosie
Wioska Ban Nam Khoy

Następna wioska na naszej drodze to Ban Nam Khoy. Mieszkają tu ludzie z  plemienia Akha.  Jest o wiele mniejsza od poprzedniej. Domy są skromniejsze i nie stoją wyniesione n palach, ale bezpośrednio na ziemi.  Wygląda też na biedniejszą i nie tak czystą, jak Na Lan. Nie ma tu bieżącej wody ani sanitariatów.  Przed domami pojawiają się kobiety i kilku mężczyżn. Jak zawsze mnóstwo dzieci. Kobiety poubierane są w kiedyś chyba czarne , teraz przykurzone, wypłowiałe tradycyjne stroje. Mężczyźni chyba nie przywiązują do tego wagi, bo ubierają się tbardzo współczedśnie. Idziemy powoli, rozglądając się. Z chatek zaczynają wybiegać kobiety i dzieci (dziewczynki) z wielkimi okrągłymi bambusowymi tacami . To ich przenośne kramiki dla turystów. W asortymencie torebki na szyję z wyszywanymi  prymitywnymi, ale uroczymi  ludowymi wzorami i bransoletki.  Kupuję jakąś torebkę i idziemy dalej.

Po kolejnych 30 minutach docieramy do następnej wioski. Ta wygląda jeszcze biedniej niż poprzednia. Nikt nie próbuje nam nic sprzedawać. Wszyscy się tylko z ciekawością przyglądają trójce obcokrajowców bez przewodnika.

Tutaj powinniśmy odbić od rzeki w strone gór. Pytamy o Nam Lu, zeby się upewnić gdzie jest ścieżka. Zgadza się, lokalni wskazuja nam kierunek na północ od rzeki.

Maszerujemy przez chaszcze i dżungle przez następnych kilka godzin.  Mamy do pokonania dwa łańcuchy gór – góra dól i potem znowu góra dół. Idzie się bardzo ciężko. Ja naprawdę nie mam kondycji, Tomka boli kolano, poza tym, kilka razy ścieżka się jednak rozchodzi w dwie strony i musimy się zastanawiać którą trasę wybrać. Na szczęście, kilka razy po drodze spotykamy ludzi pracujących w lesie, którzy mogli potwierdzić, że idziemy w dobrym kierunku.

Kiedy pokonujemy drugie wzniesienie, daleko w dole zaczyna być widać główną drogę i wioski po jej dwóch stronach. Jeszcze kawał drogi przed nami, ale idzie się o wiele lżej, wiedząc, że już tylko z górki.

Ban Nam Lu

Dziewczynka z wioski Ban Nam Lu
Dziewczynka z wioski Ban Nam Lu

Nam Lu to spora wioska (chyba Akha) z mnóstwem rozwrzeszczanych dzieciaków i błąkających się psów.  Jest tu  dużo  murowanych domów, kilka sklepików, pod każdym domem stoi skuter. Żeby się tu dostać z głównej drogi, trzeba pokonać drewniany wiszący most nad rzeką. Mamy przez niego niezłą przeprawę, bo dzieciaki skaczą i okropnie nim trzęsą.

Jest kilka minut po 14. kiedy docieramy w końcu na główna trasę.  Nieźle nam poszło. Biorąc pod uwagę moją marną kondycje i kontuzję Tomka, pięć godzin marszu to niezły czas.  Zasłużyliśmy na zimne piwo. Idziemy do pierwszego przydrożnego sklepiku  i kupujemy naszą nagrodę zimne BearLao. Zadowoleni z siebie sączymy piwko, planujemy miłą kolację i marzymy o zimnym przysznicu. Nie wiemy, że najgorsze dopiero przed nami…

Czytaj co się stało dalej i jaki miała w tym udział lokalna mafia.

 

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *