Z Vientiane do Hanoi autobusem.
Granica w Nam Phao i Cau Treo

Przez cay nasz pobyt w Laosie zastaanawiamy się, czy jechać do Wietnamu. Dopiero w Vientiane decydujemy,że skoro już tak daleko jesteśmy, głupio by było z okazji nie skorzystać.

Do Wietnamu trzeba mieć wizę i nie można jej dostać na granicy. Idziemy więc do ambasady (pół godziny piechotą z centrum Vientiane, niedaleko za łukiem …… Całkiem przyjemny spacer szeroką ulicą, więc spacer można połączyć ze zwiedzaniem miasta). Wiza kosztuje $50, jeżeli odbierana następnego dnia lub $55 wiza ekspresowa, którą można odebrać po 10 minutach. Zostajemy w Vientiane jeszcze przez kilka dni, więc postanawiamy zaoszczędzić $10 i odebrać wizę w poniedziałek.

Wizy do Wietnamu

Po wizę Wietnamską wcale nie trzeba jechać do Ambasady. Formalności wizowe można załatwić w wielu hotelach. W niektórych, wiza jest nawet tańsza niż w samej ambasadzie wietnamskiej! W Mixay Paradise np. wiza ekspresowa kosztowała $53 a na następny dzień $48. Nie mam pojęcia jak to możliwe)

Laoski Autobus z Vientiane do Hanoi , vip bus do wietnamu
Na takich leżankach całkiem wygodnie się podróżuje.

Następny krok, to zakup biletu – okazuje się, że jest taniiej niż się spodziewaliśmy. W pierwszej z brzegu agencji wycenili bilet na 250 tyś kipów za autobus sypialny. To stosunkowo niewiele, szczególnie, jeżeli porównać do cen biletów w samym Laosie. Do Hanoi w Wietnamie jedzie się około 22 godzin autobusem o dobrym standardzie. W Losie, nie raz płaciliśmy 140 – 150 tysięcy za wiele krótszą podróż starym rozklekotanym rzęchem. Sprawdzamy jeszcze kilka miejsc i w końcu udaje nam się kupić bilety do Hanoi za 200 tyśięcy od osoby., To naprawdę dobra cena, bo obejmuje również koszt dowozu na oddalony o około 9 km od centrum południowy dworzec.

Bilety autobusowe z Vientiane do Wietnamu.

Ceny biletów zwykle są wyższe w agencjach w mieście, niż bezpośrednio na dworcu. Kierując się tym przekonaniem, pojechaliśmy na dworzec, żeby pominąć pośredników i kupić bilety bezpośrednio w kasie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy mężczyzna w kasie podał nam cenę wyższą, niż udało nam się znaleźć w mieście – 220 tysięcy sam bilet, bez transportu na dworzec.

Wyglądało to wszystko troszkę dziwnie. Kiedy podeszliśmy do kasy, kobietka odesłała nas do innego okienka. Było ich tam kilka i wyglądało to tak, jakby bilety do Wietnamu (Hanoi konkretnie) sprzedawały prywatne agencje. Dowiadywaliśmy się też bezpośrednio u kierowców, ale ci odsyłali nas również w to samo miejsce. Wniosek – kupuj bilety w centrum Vientiane i nie zawracaj sobie głowy jechaniem na dworzec. (no chyba, ze masz ochotę zrobić sobie wycieczkę rowerową jedną z głównych arterii Vientiane w słońcu, kurzu i spalinach. .

Niektóre agencje sprzedają bilety drożnej twierdząc, ze jakoby w cenę wliczone jest jedzenie. To bzdura. Jedzenie po drodze trzeba kupować samemu.

W poniedziałek rano odbieramy wizy. Na dworzec jedziemy dopiero o 17 więc mamy cały dzień dla siebie. Postanawiamy pozwolić sobie na odrobinę luksusu, i idziemy na karmel machiatto do klimatyzowanej True Coffe, gdzie przychodzą sami turyści i bogacze. Mają tam też szybki internet więc załatwiamy zaległości na necie, ściągamy jakieś audiobooki na drogę, a ja dopieszczam nasz nowy blog.. (ten, który właśnie czytasz:)

Około trzeciej wracamy do hotelu, gdzie zostawiliśmy bagaże, jemy szybki obiad i czekamy na transport. Nagle, prawie za kwadrans piąta, zdaję sobie sprawę, że nie mam aparatu.. Nie wiem gdzie jest torba z moim ukochanym jedynym Nikonem i trzema obiektywami. Przechodzi mnie dreszcz… Zgubiłam aparat.. Zgubiłam już wiele rzeczy w czasie tej podróży, koszulę, czapkę, swoje zapiski z Indii i Tajlandii, ale aparat, to już przesada.. Tomek sprawdza w hotelu przy plecakach. Nie ma. Przypomina mi się, ze kiedy wychodziliśmy z kawiarni, pomyślałam, mi dziwnie lekko. Miałam tylko plecak. Jestem prawie pewna, że wchodząc do kawiarni miałam przy sobie aparat. Został tam.. Tomek biegnie sprawdzić, a ja widzę oczyma wyobraźni, jak wraca z niczym, jak robię zdjęcia jego iPhonem. Widzę siebie, jak kupuję najtańszą małą cyfrówkę wielkości mydelniczki na jakimś bazarze w Wietnamie. Czuję też, jak mi się serce ściska na samą myśl o tych pięknych zdjęciach, które mogłabym zrobić mając dobry sprzęt. Na nową lustrzankę raczej nas nie stać. Przygotowywałam się na najgorsze. Wtedy zobaczyłam Tomka wracającego z przewieszonym przez ramię aparatem. Poczyłam wielką, przeogromną ulgę. Został tylko wstyd, i żal do siebie, że jestem tak bardzo rozkojarzona. Muszę się bardziej pilnować. Sprawdzać wszystko po trzy razy a potem jeszcze raz. Nadal nie wiem, w którym momencie zostawiłam aparat. Przesiadaliśmy się w kawiarni 2 razy – raz, na wygodniejsze siedzenia a potem bliżej kontaktów, żeby podłączyć komputer. Może wtedy?
Kiedy Tomek w True Coffee zapytał o Nikon Camera, pierwszy chłopak nie zrozumiał, ale po chwili pojawił się ktoś inny, kto otworzył szafkę, wyciągnął z niej pudło a z pudła wyjął mój aparat.

Minutę po powrocie Tomka podjechała ciężarówka osobowa (tak to wyglądało) czyli ogromny tuk tuk. Zdążyliśmy z tym aparatem w ostatniej chwili.

Autobus do Hanoi.

 

Vientiane - południowy terminal autobusowy i autobusy do Wietnamu
Autokary do Wietnamu na południowym terminalu autobusowym w Vientiane

Tuktuk wiezie nas i kilka innych osób na dworzec. Wysiadamy tuż przed rzędem autobusów do Wietnamu. Okazuje się, że jest ich kilka i są o różnym standardzie. Autobusy z Laosu wyglądają na starsze, nie maja też toalet. Te Wietnamskie wyglądają czyściej, mają w środku trzy rzędy pojedynczych łóżek ułożonych piętrowo. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Kierowca tuktuka przekazuje nas kierowcy autobusu, ten z kolei pokazuje nam nasze miejsca. Nie mamy biletów z numerami, w autobusie nie ma jeszcze nikogo, więc chcemy sobie wybrać miejsca sami, ten jednak nam nie pozwala. Chce nas ułożyć na samym końcu lub bezpośrednio na kole, ale udaje nam się ‚wynegocjować leżaki bliżej przodu. Reszta obcokrajowców jest za nami i zajmuje tył autobusu. Nie rozumiem dlaczego, ale nie dali nikomu osiąść z przodu, tak jakby był zarezerwowany tylko dla lokalnych. Próbowaliśmy się dowiedzieć, ale bez skutku. Żaden z trzech kierowców nie potrafił słowa po angielsku.

Przekraczanie granicy Laos- Wietnam

Około pierwszej w nocy dojeżdżamy do granicy. Wszystko jest zamknięte, bo przejście Nam Phao (Laos) / Cau Treo (Wietnam) działa między siódmą a osiemnastą,. Musimy więc czekać sześć godzin w zapakowanym autobusie z wyłączoną klimatyzacją.
Nad ranem, chyba o piątej, ktoś włącza radio, albo puszcza muzykę z telefonu – bardzo głośno. Wszyscy zaczynają się budzić. Jestem zła, bo można by było spać jeszcze dwie godziny, a jakiś bezmyślny idiota wszystkich pobudził!
O 6.30 zostajemy wyproszeni z autobusu i wysłani na granicę po pieczątki. Cały proces przekraczania granicy jest dosyć żmudny i chaotyczny a turyści są traktowani jak popychadła. Nikt nie mówi po angielsku, no może za wyjątkiem kilku niezbędnych słów. ‚You’ używane jest cały czas w odniesieniu do obcokrajowców i w połączeniu z różnymi dziwnymi gestami nabiera chyba różnego znaczenia. ‚No’, które używane jest jako odpowiedź na zadawane przez turystów pytania. ‚Stam’, czyli ‚stamp’, używane nad ranem w celu poinformowania turystów, że zbliża się czas kontroli granicznej i trzeba iść po pieczątki. ‚Stam’ używane jest w połączeniu z różnymi gestami i palcem wskazującym na miejsca do których trzeba się udać.

Strona Laoska

 

Granica Laosu z Wietnamem w Nam Phao  34 kmod Lak Xao
Za pięć siódma. Każdy chce być pierwszy do kontroli paszportowej.

Czekamy pod okienkiem z napisem ‚Imigration – Departures’. Poza naszym, jest kilka autobusów, więc w małym korytarzu robi się coraz ciaśniej. Ja znalazłam się w strategicznej pozycji pod samym okienkiem i wiedzę dokładnie co się dzieje. Turyści po prostu czekają, aż ktoś ich łaskawie obsłuży. Lokalni natomiast uwijają się jak mróweczki. Co chwilę ktoś przepycha się do okienka i zostawia stosik paszportów przewiązanych gumką, lub wrzuconych do reklamówki, obowiązkowym wetkniętym między nie banknotem. Nominał zależy od wielkości pliku z paszportami. Są przy tym tak bezczelni i bezceremonialni, że w końcu stajemy ciaśniej i przestajemy ich przepuszczać. Ależ są źli! Do nas, turystów póki co jeszcze nikt ze służby granicznej się nie odezwał, traktują nas jak powietrze – chyba dlatego, że nie mamy banknotów w paszportach. Stoję tak, pierwsza w kolejce, z paszportem wyciągniętym w stronę okienka, ale jestem kompletnie ignorowana. Zaczynamy już nawet rozważać, jaki nominał wrzucić do środka, ale dla zasady, nie robimy tego. W końcu po około czterdziestu minutach czekania, urzędnik bierze mój paszport razem z dziesięcioma innymi i baaaaaaardzo powoli, jakby zastanawiając się nad każdym gestem wstawia nam stempelki.

Przejście graniczne Nam Phao - Cau Treo Laos-Wietnam
Mamy pieczątki z Laosu, teraz możemy iść na stronę Wietnamską. Nasz autobus też już prawie przejechał.

Wracamy do autobusu, tu jednak nas nie wpuszczają. Widzimy palec kierowcy wskazujący na miejsce za budkami żołnierzy i słyszymy ‚you’. To chyba znaczy, że powinniśmy przejść za barierki. Tak też robimy. Za chwilę, za barierki wjeżdża też autobus, próbujemy więc do niego wsiąść, ale widzimy ten sam gest – wyciągniętą rękę ze wskazującym palcem i słyszymy ‚stam vietnam’. Ok, teraz chyba musimy podbić paszporty po Wietnamskiej stronie. Widać jakieś budynki, więc to chyba nie daleko. Idziemy. Okazuje się, że trzeba było przejść około kilometra zanim doszliśmy do właściwych budynków przejścia granicznego. Dobrze, że nie padało, bo wzięliśmy ze sobą tylko dokumenty.

Strona Wietnamska

 

Przejście graniczne Laosu z Wietnamem Cau Treo niedaleko dużego miasta Vinh
Po Wietnamskiej stronie przejście jest w o wiele lepszym stanie. Wszystko dookoła się buduje. Mają tu nawet psa, ale był jakiś ospały..

Po stronie wietnamskiej jest chyba trochę czyściej. Terminal jest chyba nowy. Podchodzimy do okienka i dajemy paszporty do uśmiechniętych szeroko żołnierzy. Jaki kontrast! Po Laoskiej stronie granicy nikt się do nas nie uśmiechał, a tu proszę. Nawet sobie żartują. Trzeba zapłacić $1 za pieczątkę. Płacę w dolarach. Na szczęście mam jeszcze kilka banknotów jednodolarowych, więc nie muszę dostawać reszty. Spotkałam kilka osób, które oszukano, przy wydawaniu reszty w Wietnamskich Dongach. Kiedy nasze paszporty są sprawdzane, zatrzymuje się za nami nasz autobus. Luki bagażowe są otwierane a nasze bagaże trafiają na ziemię. Teraz już naprawdę nie wiem co się dzieje. Postanawiam zabrać małe plecaki i wszystkie rzeczy ze środka autobusu (i tak głupio strasznie z naszej strony, że je w ogóle tam na tak długo zostawiliśmy). Na szczęście nic nie zginęło. Ze swoim bagażem i pieczątką w paszporcie każą nam iść dalej. Widzimy lokalnych, przeciskających się z pudłami, torbami, workami przez bramkę do skanowania. Jest tam straszny tłok, więc ustawiamy się trochę z boku. Jakiś żołnierz w ciemnym zielonym mundurze każe nam iść dalej. Po kilkunastu krokach jednak inny w niebieskim mundurze każe nam wracać do bramki. Robi się wokół nas małe zamieszanie, ale po chwili wyjaśniają sobie wszystko i idziemy dalej. Siadamy na końcu terminalu i czekamy. Po dwudziestu minutach podjeżdża autobus i możemy wrzucić swoje bagaże, nie możemy jeszcze jednak wsiąść. Idziemy kolejne 30 metrów wo następnej budki i kontroli. Dopiero stąd zabiera nas autobus. Jest już prawie dziesiąta. Do Hanoi dojeżdżamy o 19.30, z ponad dwugodzinnym opóźnieniem.

O tym jak przywitało nas Hanoi w następnym wpisie.

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *