Zatarg z mafią w Laosie
Trekingu w Luang Namtha zakończenie.

W Luang Namtha zdecydowaliśmy się na samotny treking po dżungli.  Można o tym przeczytac we wpisach:

Zimne piwo bearLaoSpędziliśmy dwa męczące, ale przyjemne i owocne w doznania dni. Kiedy w końcy udało nam się dotrzeć do głównej drogi, byliśmy niesamowicie szczęśliwi, że wszystko się udało. W pierwszym przudrożnym sklepiku kupiliśmy zimna piwo i zadowoleni z siebie sączyliśmy je powoli, snując plany na wieczór i następne dni. Nie wiedzieliśmy, że najgorsze dopiero przed nami. 

Autostop, autostop..

Chwilkę odpoczywamy i postanawiamy iść w kierunku Luang Namtha, próbując po drodze złapać stopa. Idziemy pustą drogą.

Przydrożny sklepik w Luang Namtha
W tym przydrożnym sklepiku kupiliśmy piwko 🙂

Ruch jest niewielki i nikt się nie zatrzymuje. Wszyscy objeżdżają nas szerokim łukiem, jakby myśleli, że jeżeli będą za blisko to im do auta w biegu wskoczymy.  Czy tutaj w ogóle da się jeździć stopem?   Mijamy jakieś farmy, pojedyncze  domki, jakieś zabudowania odrodzone murem i drutem kolczastym. Więzienie? Wojsko? Wyjeżdża stamtąd biały pikap , który wydaje się  pusty, więc próbujemy go zatrzymać. Nic z tego. Zauważam, że samochód miał na czerwone tablice rejestracyjne. Może państwowe auta tak tutaj mają? Pewnie jakiś urzędnik albo oficer jechał – taki ma raczej gdzieś autostopowiczów. Po około czterdziestu minutach docieramy do pierwszych zabudowań. Zaczynają się sklepiki i przydrożne kramy z jedzeniem.  Strasznie mnie bolą nogi i marzę o tym, żeby usiąść,

Zupa Khao Soy
Pierwszy ciepły posiłek po trekingu – Zupa Khao Soy

ale przecież nie mogę się do tego przyznać. Mówię chłopakom że jestem głodna.  Siadamy w przy pierwszym lepszym stoliku.  Zamawiam zupę Khao Soy, bo tylko taka jest, chłopaki również się na nią skusili.  Zwykły bulion, gotowany makaron, trochę chili i jakieś zielsko. No i jakoś dziwnie wyglądające mielone mięso.  Chyba jednak naprawdę umieram z głodu, bo nawet mi smakuje i zjadam wszystko, a Tomek i Gleb po pierwszych dwóch kęsach odsuwają od siebie swoje miski.

Pościg

Ruszamy dalej. Całkowicie zaprzestaliśmy prób złapania stopa, licząc na jakiś transport z dworca autobusowego, który jest już niedaleko. Wdedy wydarza się cud! Z naprzeciwka powoli nadjeżdża biała Toyota. Zwalnia i zatrzymuje się. Nie możliwe!

Próbujemy złapać stopa do Luaang Namtha
Próbujemy złapać stopa do Luaang Namtha

Chcą nas podwieźć? Ze środka wychodzi sympatycznie wyglądający mężczyzna i starsza kobieta w  żakietowej górze i lokalnej kolorowej spódnicy.  Pytają się nas co robimy, gdzie byliśmy.  Gleb przechodzi na drugą stronę i z naiwnością dziecka odpowiada na ich pytania. Byliśmy w dżungli, w Ban Nam lu i Nam Khoy, i wracamy właśnie do miasta.  My z Tomkiem obserwujemy ich z odległości. Zauważam, że samochód jest na czerwonych tablicach. Zaczynam odczuwać dziwny niepokój..  W tym momencie z auta wychodzi  mundurowy – ciemno zielony uniform obwieszony na piersi kolorowymi plakietkami i zamienia kilka słów z ‘sympatyczną’ parą.  Przekonują nas, że powinniśmy z nimi pojechać, bo zrobiliśmy coś złego – ‚you did something wrong’. Chodzi im o naszą wyprawę do dżungli a właściwie o to, że nie skorzystaliśmy z ich agencji! Gleb powoli wraca na naszą stronę ulicy. Oni również przechodzą. Mówią, że musimy wsiąść do auta i pojechać z nimi . Zaczyna się naprawdę robić nieprzyjemnie. Stanowczo odmawiamy – mówimy, że jesteśmy zmęczeni i musimy iść coś zjeść. Pytają o nasz hotel, na co ja szybko wtrącam, że jeszcze nie mamy hotelu i będziemy dopiero go szukać. Mówimy im grzecznie, że jesteśmy zmęczeni, odwracamy się i ruszamy w stronę miasta. Krzyczą nam na pożegnanie, że zobaczymy się później.

Byli to ludzie z jednej z agencji, razem z żołnierzem (chyba, żeby grożniej to wyglądało).  Chyba nie często się takie akcje zdarzają, bo nie wiedzieli za bardzo jak do nas podejść. Nie aresztowali nas, więc napewno to co zrobiliśmy nie było nielegalne.  Przyjechali chyba po swoje pieniądze, czyli to, czego na nas nie zarobili, bo w góry poszliśmy sami.

A my? Jak mogliśmy być tak głupi, żeby wpaść w ich łapy? I jeszcze się podać jak na talerzu. Gleb ma do siebie żal, że od razu się wygadał. Pocieszamy go, że przecież to nie jego wina. Skąd miał wiedzieć.. Z drugiej strony jednak, mogliśmy się domyśleć. Ludzie nie są zbyt ufnie nastawieni do obcokrajowców. Nie mówię, że są niemili, przeciwnie. Potrafią być bardzo mili, dużo się uśmiechają, zawsze zachowują jednak dystans. Powinno więc nas bardzo zdziwić, że nadjeżdżające z naprzeciwka auto zatrzymało się, że ludzie z niego wyszli i bardzo odważnie zaczęli z nami rozmawiać. To zupełnie nie w Laotańskim stylu, powinno więc nas zaniepokoić. Boże! Mam nadzieję, że już ich nie spotkamy!

Jesteśmy już prawie przy dworcu autobusowym i łapiemy tu tuktuka. Gleb siada z przodu z kierowcą, my na pace. Dołączamy do pary z Holandii i Hiszpana. Zamieniamy z nimi kilka zdań i znowu miny nam rzedną. Bardzo powoli i w dużym odstępie jedzie za nami białe auto. Nie jesteśmy pewni, ale ma chyba czerwone tablice. Nie.. przecież to nie możliwe – śledzili by nas? Tuktuk zatrzymuje się żeby zabrać kolejnych pasażerów. Białe auto również stoi. I tak kilka razy. Teraz już jesteśmy pewni. Co tu zrobić? Nie wiem , gdzie nasi współpasażerowie jada, ale prawie wszystkie guesthousy są przy głównej ulicy. Luang Namtha to jedna szeroka ulica, gdzie, kiedy wysiądziemy z tuktuka, biali będą nas mieli jak na dłoni. Jeżeli nawet gdzieś z niej zboczymy, to i tak nas znajdą. Kurwa Mać! Komuniści jebani nas śledzą! Siedzimy w milczeniu. Gleb pewnie nic nie widzi z siedzenia w kabinie kierowcy. Przynajmniej on się nie martwi. Jedziemy tak w stronę miasta mając cały czas białą Toyotę w ‚na ogonie’.. Jesteśmy już prawie w centrum, kiedy nagle tuktuk skręca w małą uliczkę w prawo. Jedzie prosto. Zaraz zobaczymy biały samochód skręcający za nami, albo, jeżeli dopisze nam szczęście, jadący dalej prosto do miasta. Ale nie! Tuk tuk znowu skręca! Tym razem w lewo. Jesteśmy teraz na jakieś małej uliczce równoległej do głównej. Zatrzymujemy się pod hotelem, w którym ma rezerwację Hiszpan. My szybko decydujemy się wysiąść. Wyskakuję z auta i mówię do Gleba, że biały samochód nas śledzi, musimy więc zmykać i gdzieś się ukryć. Sprawdzamy mapę i decydujemy, że nie wracamy od razu do centrum, bo pewnie będą na nas czekać gdzieś pod nocnym marketem. Szybko zmieniamy koszulki, żeby wyglądać trochę inaczej, niż kiedy nas zatrzymali. Idziemy jeszcze kawałek boczną uliczką, potem skręcamy raz, drugi raz. Za każdym razem skręcając w nową ulicę, lub przechodząc przez skrzyżowanie serce mi zamiera. Sprawdzam, czy nie ma tam gdzieś białej Toyoty na czerwonych numerach. Teraz mi się wydaje, ze strasznie tu dużo białych aut. Nie spotykamy jednak ‚naszej’ Toyoty. Idzie dobrze, jesteśmy już prawie w centrum, kiedy prawie wpadamy w ich łapy. Szybko zawracamy, znajdujemy starą posesję – wielki plac a dookoła niego kilka sporych długich parterowych budynków. Chyba stara szkoła.

Zmieniamy nasz plan. Decydujemy, że rozsądniej będzie, jeżeli jedna osoba pójdzie do centrum i sprawdzi, czy jest bezpiecznie. Wypada na Tomka. Ma sprawdzić, czy białe auto kręci się po centrum i czy są jakieś autobusy do Luang Prabang jeszcze tego dnia. Jeżeli by go złapali, ma nie iść nigdzie sam, ale przyjść po nas. Ja z Glebem zostajemy i usadawiamy się pod werandą jednego z budynków. Siedzimy tak niemal w zupełnej ciszy. Rozglądam się. Na środku placu maszt z flagą Laosu i po dwóch przeciwnych stronach wielkie drzewa, w których cieniu siedzą ludzie. Dzieciaki grają w piłkę. Przejeżdża skuter, potem drugi. Plac ten leży między dwiema ulicami, więc można sobie tędy przejechać na skróty.

Budynek przed którym siedzimy jest kompletnie zrujnowany. Wszystkie drzwi i okna pozamykane, ale można przez szparę zajrzeć do środka. Pełno gruzu. Mija pół godziny. Pocieszamy się, że sytuacja wcale nie jest taka zła – w końcu najgorsze, co się może stać, to to, że będziemy musieli zapłacić agencji za treking, który zrobiliśmy bez niej. Na pewno będzie co wspominać. W końcu wraca Tomek. Z daleka widzę, że nie ma wesołej miny. Ma dwie wiadomości. Po pierwsze, był w kilku agencjach i nie mógł znaleźć biletów do Luang Prabang na dzisiaj. Wszędzie mówią, że biletów już nie ma. Druga wiadomość jest jeszcze gorsza. Po drodze spotkał Izraelczyków z trekingu (z grupy, z którą dzieliliśmy nocleg w Ban Na Lan) i dowiedział się, że nas szukają. Tyle to i my wiemy, nie wiedzieliśmy jednak, ze więcej ludzi o tym wie. Skoro oni wiedzą, pewnie wiadomo o tym i w hotelach – jest ich tu zaledwie kilka i pewnie już je obdzwonili. Ciekawe czy uda nam się zabrać nasze bagaże… Ta wiadomość jeszcze bardziej zmienia sytuację. Bierzemy się w garść i postanawiamy iść do centrum. Trzeba w końcu coś zjeść, zabrać bagaże i kupić bilety do LP albo znaleźć jakiś nocleg. Wcześniej jednak, trzeba dopracować nasz kamuflaż. Przebieramy się jeszcze bardziej– Tomek zakłada pomarańczowy pokrowiec na plecak, który całkowicie zmienia jego wygląd, zmienia też spodnie. Ja oddaję swój wyblakły zielony kapelusz Glebowi (trzeba jakoś schować te jego długie włosy) a sama zakładam granatową chustkę. Zdejmuje też z plecaka pokrowiec. Szukają grupy trzech osób, więc postanawiamy się też rozdzielić. Ja z Tomkiem idziemy z przodu, Gleb z tyłu, 30 metrów za nami.

Biała Toyota
Białe samochody wydawały się być wszędzie…

Opuszczamy plac wyjściem po przeciwnej stronie i wychodzimy na ulicę, która jest chyba równoległa do głównej. My jesteśmy już prawie na ulicy, Gleb jeszcze n placu. W tym momencie kątem oka zauważam biały samochód, który powoli wjeżdża na plac. Mówię o tym Tomkowi. Serce mi zamiera, czuję, że to już koniec.. Najpierw złapią Gleba aa potem nas.. Nie oglądamy się jednak i idziemy dalej. Skręcamy w lewo, przechodzimy na drugą stronę ulicy. Boję się, że jeżeli się obejrzę, rozpoznają nas. Wyciągam więc Iphona i próbuję zobaczyć w jego szybce czy biały samochód jedzie za nami. Oddaliliśmy się od placu na jakieś 100 metrów i samochodu nie widać. Niestety nie widać też Gleba. Czyżby zatrzymali go jeszcze na placu? Trzeba będzie wracać, nie można go przecież tak zostawiać. Idziemy jeszcze kawałek i nagle Tomek zauważa naszego ruskiego ‚druga’ o jakieś 20 metrów za nami po przeciwnej stronie ulicy. Biełego auta nadal nie widać. Kamień spadł mi z serca. Skręcamy w prawo i kierujemy się do głównej ulicy. Droga jest szeroka, mają więc nas jak na dłoni, jeżeli nas śledzą. Nie widać jednak żeby ktoś za nami jechał. Jesteśmy na głównej ulicy. Znowu skręcamy w prawo, bo w tę stronę są wszystkie restauracje i agenci turystyczni. Wchodzimy z Tomkiem do pierwszego po drodze agenta i pytamy o trzy bilet do Luang Prabang. Chyba my szczęście, bo koleś mówi, że są bilety. Po chwili przychodzi Gleb. Cena 140000 za sztukę. Autobus jest około ósmej, tuktuk zabrałby nas o siódmej. Teraz jest prawie piąta. Nie ma nad czym debatować – postanawiamy jechać. Przed kupieniem biletów musimy tylko zabrać duże plecaki z hotelu w którym spaliśmy przed naszym trekingiem. Chłopaki biegną do hotelu, a ja zostaję w agencji. W tym momencie jesteśmy w stanie spodziewać się wszystkiego, również tego, że w hotelu wiedzą, że jesteśmy poszukiwani i nie dadzą nam bagaży. Jest to bardzo prawdopodobne, bo mówiliśmy im przecież, że sami wybieramy się na treking.

Nie mija nawet pięć minut i widzę Tomka o Gleba wychodzących z bocznej uliczki. Udało się. Mają nasze bagaże. W recepcji nikogo nie było, więc po prostu wzięli plecaki i wyszli.

Płacimy za bilety. Cała rezerwacja trwa około 30 minut. W tym czasie przynajmniej dwa razy widzimy białe auto powoli przejeżdżające ulicą. Za każdym razem się staramy ukryć – pochylamy się albo wchodzimy do biura udając, że akurat coś musimy przepakować w naszych bagażach. Po zrobieniu rezerwacji, zostawiamy cały nasz bagaż u agenta i idziemy do restauracji. Siadamy w tym samym miejscu, w którym jedliśmy pierwsze śniadanie w tym mieście. Kilka stolików na zewnątrz jest zajętych, ale wszystkie w środku są puste. Poza tym, w środku jest tak ciemno, że z zewnątrz zupełnie nie widać co się dzieje w środku. Siadamy więc w środku.

Prawie się nam udało. Prawie, bo mogą nas jeszcze zgarnąć przy wsiadaniu do tuktuka, lub na stacji autobusowej. Przecież nie stąd tak wielu autobusów i bardzo łatwo sprawdzić czy wśród czekających pasażerów są poszukiwani. Dwie godziny w restauracji mijają spokojnie. Białe auto nie pojawia się na ulicy. Nie mam jednak apetytu i nic nie jem. Nic się też nie dzieje kiedy wsiadamy do tuktuka. Jest nasza trójka, jakaś lokalna kobiecina i czekamy jeszcze na jedną osobę. Dołącza do nas sympatycznie wyglądający roześmiany Australijczyk w dredach.

VIP Bus to Luang Prabang

Na dworcu również jest spokojnie, chociaż za każdym razem, kiedy widzę nadjeżdżający samochód uważnie go obserwuję. Nie pomaga mi też świadomość, że dokładnie nie wiadomo o której będzie autobus. Może być o ósmej, dziewiątej lub dziesiątej – wszystko zależy od kierowcy, pogody i warunków na drodze. Kierowca tuktuka czeka z nami. Chyba ma za zadanie wpakować nas do tego autobusu.

Czekamy we czwórkę, razem z Australijczykiem. Po 2 godzinach zrywa się wiatr i zaczyna padać. To znaczy, że autobus będzie później. Po dwóch i pół godzinie widzę, że na stację wjeżdża minivan a pod toaletą pojawiają się turyści. Biegnę do w ich stronę żeby się czegoś dowiedzieć. Mini bus jedzie do Luang Prabang z Huay Xai (tak samo jak nasz). Chłopak, z którym rozmawiam, mówi, że zarezerwowali ‚big bus’ a dostali minivana. Zaczynam się niepokoić. Czy to możliwe, że to nasz autobus? Zauważam kierowce naszego tuktuka i pytam go o to. On odpowiada ‚no, five minute’. Chyba jednak to nie jest nasz autobus. Mam taką nadzieję, bo i tak nie ma w nim już miejsc.

Mija kolejne pół godziny. Na stacje wjeżdża duży autobus. Wydaje się kompletnie zapakowany. Zatrzymuje się w odległości około 20 metrów od zadaszenia. Nadal pada, zostajemy więc ponownie zaproszeni na tuktuka. ‚Shuttle tuktuk’ do autobusu! Odległość do pokonania 20m – prawie jak na lotnisku w Warszawie. Wychodzimy na deszcz i chwilę czekamy na kierowcę. Bierze nasze bagaże i rzuca na wielki stos innych pod pokład autobusu. Wchodzimy na pokład. Autokar jest prawie pusty, ale wszystkie miejsca wydają się zajęte. Wszędzie leżą tradycyjne znaki zajętości siedzeń – plecaki, woda, słodycze, poduszki. Nagle z dołu ktoś podaje… plastikowe krzesełka! To chyba dla nas. Rozglądam się ciekawie i widzę, że na końcu autobusu jest już jedno takie siedzenie. Zamieniam kilka słów z dziewczyna siedzącą niedaleko i dowiaduję się, że absolutnie wszystkie miejsca są zajęte i na środku, na plastikowych siedzeniach siedzą jeszcze dwie osoby z dzieckiem. Nieźle! O dziwo, wcale nie tracę humoru! Przede mną 11 godzinna podróż na plastikowym krzesełku jedną z gorszych na świecie dróg pełną dziur i zakrętów, a ja się śmieję! Tomek, Gleb i Ned z Australii również. Pytamy o pasy bezpieczeństwa do tych dodatkowych siedzeń, czym rozśmieszamy resztę pasażerów. Chyba po opadł cały stres i po prostu czujemy się szczęśliwi, że stąd wyjedziemy. Nie ważne w jakich warunkach.

Stoję na samej górze a chłopaki na schodkach do luku bagażowego. Nagle pojawia się następna grupa pasażerów, a na pokładzie pojawia się więcej plastikowych krzeseł. Zdajemy im szybką relację i po kilku minutach zabierają swoje bagaże. Zdecydowali, że jadą jutro. My nie możemy i nie chcemy się rozmyślić.

Pod pokładem autobusu do Luang Prabang
Nasza wesoła ferajna w luku bagażowym pod pokładem autobusu do Luang Prabang

Pojawia się chłopak z obsługi – taki pomocnik kierowcy, układacz bagażu etc. i zaczyna szperać w luku bagażowym. Tomek żartuje, że szpera w naszej sypialni, bo my przecież będziemy tam pać. Chłopak patrzy zdumiony (do tej pory to było chyba jego miejsce) ale się zgadza. Mówi, że zrobi nam miejsce. Patrzę jeszcze bardziej zdziwiona niż on przed chwilą – jest tam tyle bagaży, że nie wygląda to tak, żebyśmy się mieli tam zmieścić. Chłopak zaczyna wyciągać i przekładać torby, pudła, plecaki. Wyciąga wielkie koło zapasowe – za nim jest jeszcze jedna skrytka, do której pakuje kilka toreb i plecaków . Resztę toreb stara się ułożyć w miarę płasko, żeby było nam wygodnie. Autobus rusza a my we czwórkę pakujemy się na swoje VIP miejsca do luku bagażowego. Nie jest zbyt wygodnie, Ned i Tomek postanawiają więc wszystko przeorganizować. Kilka toreb trzeba było otworzyć i przełożyć wystające z nich ostre rzeczy. Okazało się że za nami są dwa skutery – trzeba było przykryć je czymś miękkim, żeby nam pleców i boków nie poobijały. W końcu stwierdzamy, że jest w miarę wygodnie i się układamy. Ned w kąciku za kołem zapasowym, z nogami wyciągniętymi na skuter (nie wiem jak się tam zmieścił ze swoim dwumetrowym ciałem). Gleb z drugiej strony oparty o schody na górę i koło zapasowe. Tomek przy samych drzwiach (mam nadzieję że się nie otworzą w czasie jazdy) a ja na samym środku, oparta plecami o skuter z nogami wyciągniętymi w stronę schodów. Między błotnik skutera a plecy wkładam swój mały plecak. Nie jest źle. Mam też pompowaną poduszeczkę, którą podkładam pod głowę. Szczerze mówiąc, jest tu chyba wygodniej, niż na ciasnych siedzeniach w poprzednim autobusie VIP. Ned uprzejmie częstuje nas valium na dobry sen, nie skorzystamy jednak. Ja wzięłam już swoje tabletki na mdłości, więc nie chcę mieszać.

Przed hotelem w LuangPrabang
Teraz już napewno jesteśmy bezpieczni. W Luang Prabang. Setki kilometrów od Luang Namtha i tamtejszej mafii.

Po jedenastu godzinach dojeżdżamy do Luang Prabang. Jedziemy do tego samego hotelu co poprzednio (nie chcę już żadnych niespodzianek). W końcu możemy się wykąpać! Co za przyjemność. Ostatnio myliśmy się we wiosce na trekingu. Wczoraj nie udało nam się odświeżyć, bo trzeba było uciekać. Po kąpieli krótka drzemka, śniadanie, potem znowu drzemka i zimne piwko. A co tam – należy nam się! W końcu uciekliśmy z rąk mafii 🙂

Historia ta staje się chyba powoli legendą. Gleb ostatnio spotkał w Kambodży Izraelskich turystów, którzy z opowiedzieli mu historię o… trójce Rosjan, którzy poszli do dżungli w Luang Namtha a potem przechytrzyli lokalną mafię! Cóż, znowu cała chwała przeszła na kraj wielkoego brata, a my Polacy zostalismy w cieniu 😉 

Powiązane zdjęcia:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *